Sapoko's Blog

Racjonalnie i po swojemu…

O obrotach ciał politycznych


Heraklit z Efezu mawiał kiedyś „panta rhei”, tłumacząc, iż wszystko w naturze płynie swoim prądem, który nie sposób zatrzymać. W polityce także nigdy nie było i wciąż nie ma miejsca na stagnację. Nawet w najbardziej skonsolidowanych systemach dwupartyjnych jest miejsce na niespodzianki. Przykładem może tu być chociażby Wielka Brytania, której to parlament od lat zdominowany był przez 2 partie: labourzystów i torysów. Tymczasem w bieżącym roku z poważnymi aspiracjami do walki politycznej włączyła się partia Liberalnych Demokratów, stając się centralnym języczkiem uwagi w dwubiegunowym systemie, sprawiając, że staje się on de facto systemem dwuipółpartyjnym (wyniki wyborów: torysi-36%, labourzyści -29%, LD -23%)

Oj tak, w polityce nie ma miejsca na bezruch. I tak się składa, że przez ostatnich kilka miesięcy przekonują się o tym i nasze partie polityczne. Od 1989 roku przeszliśmy już drogę od skrajnego rozdrobnienia partyjnego (przed ogłoszeniem progu wyborczego nawet do 30 partii w parlamencie) poprzez systematyczną redukcję, aż do obecnego stanu, liczącego 4 partie. Czym charakteryzuje się obecny stan? Otóż mamy do czynienia z niezwykłym kuriozum, w którym główna opozycja nie ma najmniejszego potencjału koalicyjnego, w dodatku skupia na sobie punkt krytyki reszty opozycji. Tak właśnie, SLD bardziej krytykuje PiS niżeli PO.

Platforma Obywatelska czyli partia CENTRO-PRAWICOWA sprawuje władzę wraz z PSL-em, partią chłopską czyli z historycznego punktu widzenia partią CENTRO-LEWICOWĄ, który to bez koalicji z PO w kolejnych wyborach znika z politycznej areny. Prawo i Sprawiedliwość nie będące zdolne do koalicji z nikim staje pojedynczo do walki z rządem jako opozycja PRAWICOWA, z mocnym socjalnym zacięciem w temacie gospodarki społecznej. SLD będący w opozycji jako partia LEWICOWA, w rzeczywistości lewicowy jest tylko w kwestiach światopoglądowych, ale sam kreuje się jako centrum pomiędzy dwoma biegunami w postaci PO i PiS-u. Ma nadzieję, że siedząc cichaczem i patrząc jak dwie główne partie dobierają się sobie do gardłem, najwięcej ugra.

Biorąc pod uwagę, powyższe fakty sensowna jest zatem prognoza, że bez żadnych większych zmian, w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych wygrywa PO, pozbywając się z koalicji niewygodnego partnera. PSL w obliczu boju o polityczne być albo nie być, wejdzie w koalicję z jedyną pozostałą partią, która ma potencjał koalicyjny czyli SLD i stworzą wspólną listę wyborczą. W ten sposób staną się realnym centrum ze zagregowanym poparciem obu partii koalicyjnych. Czyli de facto nic się nie zmienia, Ci sami aktorzy polityczni, znów więcej elektoratu negatywnego = mniejsza frekwencja w wyborach. Ale ale !… Na szczęście „panta rhei” i jesteśmy świadkami politycznej dyfuzji.

Przed wyborami prezydenckimi wysnułem tezę, iż jeśli Jarosława Kaczyńskiego zjedzą ambicje i będzie kandydował na Prezydenta RP to wiele zaryzykuje. Mianowicie w przypadku przegranej miałby stać się politycznym widmem, niezdolnym już do osiągnięcia czegokolwiek, trawionym ciągle przez ból utraty swego brata. Przewidywałem, że albo opuści PiS i schedę po nim przejmie Zbigniew Ziobro, albo pozostanie, umocni swoją pozycję wewnątrzpartyjną i…  pociągnie partie za sobą na dno. Jakże dumę moją łechce to, że teza sprawdziła się niemal w pełni. Nie przewidziałem natomiast tego, że Kaczyński osiągnie tak zdumiewający wynik w wyborach ! Gdy przyglądałem się kampanii prowadzonej przez PiS, szczerze mówiąc, byłem w szoku. W szoku, że ta bezkompromisowa w dialogu partia jest w stanie zasiąść w sposób normalny do rozmowy, że istnieje w Polsce jeszcze coś takiego jak kultura polityczna. Teraz z perspektywy czasu, możemy uznać tą kampanię prezydencką za jedną z najnudniejszych owszem, ale bodaj najczystszych od roku 1990.

I patrzę tak z zadumą na obecne stanowisko Prawa i Sprawiedliwości i scyzoryk otwiera mi się w kieszeni…

Kaczyński raczy piętnować osoby odpowiedzialne za tą kampanię, najlepszą do tej pory w wykonaniu PiS-u. Okazuje się być perfidnym tchórzem, uchylając się od odpowiedzialności za decyzje i kierunek prowadzenia kampanii, twierdząc że był na mocnych prochach. Wypada zadać sobie pytanie czy Prezes PiS-u naprawdę jest tylko takim uciemiężonym polskim patriotą, który chce jedynie poznać prawdę o śmierci swojego brata, czy może raczej cynicznym, wyrachowanym politykiem ogarniętym dwoma rodzajami uczuć:

– chorobliwą ambicją posiadania władzy i możliwością kreowania dyskursu politycznego

– poczuciem niesprawiedliwości w obliczu tragedii smoleńskiej i tworzeniem teorii spiskowych na ten temat

Wolałbym wierzyć, że on sam faktycznie w nie wierzy, a nie wykorzystuje tego, a tym samym śmierci brata do celów agitacyjnych.

Migalski został usunięty ponieważ skrytykował linię Prezesa. Podważył jego autorytet. To jeszcze nie sprawiło jakichś większych zawirowań, a przynajmniej na zewnątrz partii. Kluzik-Rostkowska podpadła, bo zadeklarowała, że w przypadku odejścia Kaczyńskiego podejmie rękawicę i stanie do walki o fotel Prezesa ze Zbigniewem Ziobro (reprezentującym skrzydło konserwatywne PiS-u). Wzięła pod uwagę, to że Kaczyński kiedyś odejdzie z tej funkcji. Naturalne dla każdego normalnie myślącego człowieka, dla niego takie nie było. Kluzik-Rostkowska trafiła w jego czuły punkt, a w dodatku nie ukorzyła się gdy zarzucał jej, że spaprała mu kampanię prezydencką (co jest oczywistą brednią, bo gdyby nie kierunek kampanii nastawiony na elektorat centrum, PiS straciłby kilkanaście punktów poparcia ; nawet jeśli frekwencja byłaby większa wskutek większej mobilizacji elektoratu konserwatywnego, bilans byłby ujemny). Jakubowska oberwała rykoszetem, bo stała murem z Kluzik-Rostkowską. Obie zostały potraktowane jak zdrajczynie przez tzw „zakon” – czyli najbliższe i najbardziej zaufane otoczenie Kaczyńskiego ( m.in. Brudziński, Kurski, Błaszczak, Lipiński). I to przelało czarę goryczy. Ostatnie więzi trzymające liberalne skrzydło od kadłuba PiS-u rozpuściły się w wewnątrzpartyjnym kwasie. Dziś już wiadomo, że partie oficjalnie opuściły także tak istotne dla partii z merytorycznego punktu widzenia osoby jak Kamiński, Bielan, Poncyljusz, wcześniej Ołdakowski, a zapowiada się, że także europoseł Kowal zrobi to na dniach. Z większym rozłamem poczekałbym do 5 grudnia, gdy zakończy się II tura wyborów samorządowych. Raz, że nikt nie będzie już motywowany dobrem kampanii, a dwa, że stowarzyszenie utworzone ostatnio przez wspomnianych dezerterów, może mieć już wtedy realne fundamenty. Już obecnie Stowarzyszenie Polska Jest Najważniejsza, osiąga wysokie 6% poparcia – jak na początek funkcjonowania jest to świetny punkt wyskoku dla dalszego rozwoju. W dodatku już obecnie w jego skład wchodzą świetni profesjonaliści w sprawach polityki społecznej (Kluzik-Rostkowska), polityki gospodarczej (Poncyljusz), inwestycji w ramach UE (Jakubiak) a także eksperci od PR-u, spin doctorzy tacy jak Bielan, Kamiński i Migalski. Nowe stowarzyszenie ma w planach przekształcić się w partię polityczną i kandydować w przyszłorocznych wyborach stanowiąc pomost ideologiczny między PiS-em i PO. Biorąc pod uwagę charakter kampanii prezydenckiej mają oni dużo większy potencjał koalicyjny niż Prawo i Sprawiedliwość, więc bardzo możliwe, że zdołają osiągnąć więcej niż wcześniejsze prawicowe inicjatywy jak Prawica Rzeczypospolitej, czy Polska Plus. Moim osobistym zdaniem, taki ruch wśród elit politycznych był nieunikniony i po prostu konieczny, ze względu na stagnację wśród partii politycznych, dodatkowo nie mającą znamion konsolidacji, lecz nietypowego „politycznego pata”.

Ruch Poparcia Janusza Palikota, również jest odpowiedzią na takie zapotrzebowanie. Palikot sytuuje swoją organizację pomiędzy PO, a SLD. Póki co trwa jego żmudna praca nad tworzeniem fundamentów partii, przyszłość pokaże co uda mu się osiągnąć. Obecnemu stanowi rzeczy życzyłbym jeszcze, aby po lewej stronie systemu partyjnego wytworzyło się coś nowego, czy to wskutek rozłamu w Sojuszu Lewicy Demokratycznej, czy wskutek nowej inicjatywy ludzi środowiska Krytyki Politycznej. Chciałbym zobaczyć prawdziwy lewicowy program socjaldemokratyczny.

Podsumowując, trzymam mocno kciuki za nowe ugrupowania, a szczególnie Stowarzyszenie uchodźców z Prawa i Sprawiedliwości. Chciałbym aby odebrali trochę procentów Kaczyńskiemu i udowodnili mu, że linia dialogu jest ZAWSZE bardziej korzystna niż polityka konfliktu i mordobicia, którą reprezentuje on i jego „zakon”. Renegat Palikot tworzy ruch bardziej populistyczny, stąd mam nieco rezerwy wobec jego działań, ale dzięki niemu widzę szanse wypunktowania błędów lewicy i wskutek tego i tam może coś zacznie się dziać. Teraz pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i czekać do przyszłorocznych wyborów, przyglądając się w międzyczasie politycznemu dyskursowi. Ważne by politycy nie przywykli zbytnio do siedzenia na swoich ciepłych fotelach, tylko zakasali rękawy i robili to co do nich należy, bo polityka zmienną jest i Ci sami którzy wynieśli ich do tych foteli, następnym razem mogą ich nich pozbawić.

Panta rhei.

Listopad 20, 2010 Posted by | Journal | 1 komentarz

„Złota piętnastka” – 15

Żeby przemóc stan kompletnej dezaktywacji jaki dotknął mnie w te wakacje, postanowiłem posegregować moją kolekcję muzyczną i wybrać te utwory, których lubię słuchać najbardziej. Nie oznacza to, że są one mi szczególnie bliskie, lub przypominają jakieś wydarzenia z przeszłości – bo takich każdy z nas ma niewątpliwie wiele. Te które wybrałem to po prostu kawałki, jakich słucham bardzo często, zachwycam się nimi pod względem technicznym, albo po prostu wpadły mi w ucho i nie chcą z niego wyjść. Chciałem wybrać klasycznie – 10 najlepszych, jednak po pierwszej, wstępnej segregacji wydzieliłem ich aż… 40. Z żalem musiałem wyrzucić 25 i pozostała „złota piętnastka”, którą będę tutaj systematycznie umieszczać, opisując przy okazji powody dla których wybrałem taki, a nie inny utwór, kilka informacji o nich i o wykonawcach, oraz jakieś ciekawostki.  Shall we begin?

15. Queen – „Innuendo”

Stawkę rozpoczyna zespół-legenda minionej epoki, a jednak wciąż tak żywy i w naszym pokoleniu. Bo któż nie zgodzi się, że Queen jest jednym z tych zespołów, których utwory ciągle da się słyszeć w radiu mimo upływu czasu i których płyty sprzedają się nadal w zaskakującym tempie.

Co do samego zespołu to jego historia jest idealnym materiałem na książkę (powstał zresztą ponad tuzin takich publikacji) – średnio udane początki, pojawienie się genialnego wokalisty, gwałtowny sukces i równie gwałtowny koniec. A wszystko zaczęło się na początku lat 70. gdy w pewnym londyńskim klubie do kotleta grała trójka studentów, tworzących zespół o wdzięcznej nazwie The Smile. I to właśnie wtedy, po ich występie pewien mężczyzna podszedł do nich i otwarcie skrytykował ich, zarzucając że powielają utarte schematy, że nie próbują grać swojej muzyki. „Gdybym to ja u was śpiewał, robiłbym to po swojemu” – powiedział nie kryjąc emocji. Człowiekiem tym był Fredderick Bulsara, który niedługo potem zmienił nazwisko na Mercury, dołączył do kapeli i stał się jej niekwestionowanym liderem. „The Smile” przemianował na „Queen” twierdząc, że nazwa ta brzmi dużo dostojniej.

Od tamtego czasu, aż do 1991 roku trwało ciągle rozwijające się zjawisko nazwane później Queenomanią. Zespół wydał 15 albumów studyjnych, wiele koncertowych. Ich widowiskowe koncerty przyciągały miliony fanów. Queen grał muzykę awangardową jak na tamte czasy, łącząc dźwięki wielu instrumentów z nietuzinkowym, mocnym głosem Mercury’ego. Kariera zespołu zakończyła się w bardzo zaskakujących okolicznościach.

Niecały rok po wydaniu albumu Innuendo (z którego sztandarowy utwór wybrałem właśnie jako 15 miejsce), 23 listopada 1991 roku Freddy ogłasza oficjalnie mediom, że jest nosicielem wirusa HIV i dokładnie dzień później umiera na ostre zapalenie płuc, wywołane przez AIDS. Jego odejście jest dla świata szokiem, porównywalnym z, wciąż nie tak odległą dla nas obecnie, śmiercią Michaela Jacksona. Bez swojego „prodigy”, genialnego wokalisty zespół właściwie się rozpada (choć oficjalnie nadal istnieje i w 1995 wydał nawet album – kompletnie pominięty przez opinię publiczną).

Dlaczego spośród tak wielu utworów jakie nagrał Queen wybrałem akurat Innuendo, a nie np. „Show must go on”, „We are the champions”, czy „I want to break free”? Odpowiedź jest prosta – Innuendo zawiera w sobie prawdopodobnie najlepszy fragment grany na gitarze akustycznej, jaki kiedykolwiek miałem okazję usłyszeć !

Poza tym jest to utwór bardzo dojrzały, podniosły w brzmieniu. Jak wiele ich kawałków ma bardzo dobry tekst. Szczególnie podoba mi się fragment:

„You can be anything you want to be
Just turn yourself into anything you think that you could ever be
Be free with your tempo, be free be free
Surrender your ego – be free, be free to yourself”

Nieco przypomina mi przesłanie Dezyderaty. Zachęcam wszystkich do przyglądnięcia się warstwie lirycznej.

Co się tyczy kwestii technicznych, to nie do końca pasuje mi w tym utworze marszowe taktowanie perkusji i ciężkie, wręcz ponure riffy gitary elektrycznej, do których dodano jeszcze efekt „delay’u”, sprawiający że dźwięki brzmią jakby wydobywały się ze studni. Nie chodzi mi o to, że jestem w ogóle przeciwny takiemu brzmieniu w muzyce, raczej nie pasuje mi ono do tych konkretnie słów, w tym konkretnie utworze. No ale to są minusy, które kompletnie znikają gdy usłyszy się ten niesamowity fragment, o którym pisałem powyżej. (w filmie który zamieściłem – 2:50 – 5:00). I temu fragmentowi warto poświęcić osobny akapit, bo to właśnie on sprawia, że tak wysoko cenię Innuendo.

Fragment rozpoczyna się od wyciszenia owego marszowego dźwięku perkusji i od uspokojenia muzyki. Jest to swoiste intro dla późniejszej, fenomenalnej wstawki granej na na dwóch gitarach akustycznych, w charakterystycznym, hiszpańskim stylu. Bardzo dynamiczne i akcentowane bicie na cztery, przerywane ciekawym riffem. Później znów następuje uspokojenie, tzw. bridge, wzbogacony wokalem Freddy’ego, po czym wchodzi druga wstawka, z tymi samymi chwytami co poprzednia, tyle że tym razem grana na gitarze elektrycznej. Nie brzmi ona już tak „hiszpańsko”, ale jest idealnym wejściem do niezbyt skomplikowanej, ale świetnie wkomponowanej w taktowanie perkusji, solówki, która wieńczy wskazany przeze mnie fragment.

Przesłuchajcie ją dokładnie kilka razy, a na pewno zgodzicie się ze mną, że dla samego tego fragmentu warto uznać ten utwór za legendarny. Dlatego też, znajduje się on u mnie na miejscu 15.

PS. … choć gdyby całość Innuendo była na takim poziomie co ten fragment, to bez wątpienia plasowałby się on w pierwszej trójce 🙂

Sierpień 21, 2010 Posted by | Music | 4 komentarze

Wyborcze Hollywood

Kampania wyborcza przed wyborami prezydenckimi 2010 trwa. W dniu dzisiejszym rozpoczyna się emitowanie w telewizji publicznej spotów wyborczych poszczególnych kandydatów, będzie to trwało aż do przedednia wyborów, czyli tzw. ciszy wyborczej. Skoro już politycy tak bardzo się postarali i wyprodukowali swoje filmiki wyborcze, to przeanalizujmy pokrótce te z nich, które krążą już po sieci:

1. Bronisław Komorowski   – „Zgoda buduje”

Spot wyborczy Bronisława Komorowskiego

Filmik przybliża nam sylwetkę kandydata, jego przeszłość. Podkreśla fakt, że Marszałek był opozycjonistą w PRL-u, że był internowany. Podkreśla walory rodziny (symbolika stołu i siedzących przy nim członków familii). Komorowski podkreśla swoje przywiązanie do całej Polski (mimo, że wymienia tylko kilka partykularnych regionów- Kresy Wschodnie, Warszawa, Pomorze i góry). Niestety spot jest zupełnie niemerytoryczny, równie dobrze mógłby być to filmik promujący go jako kandydata na Mistera Mazowsza. Możliwe, że jest to zabieg charakterystyczny dla kandydatów partii konserwatywnych – zabieganie o elektorat starszy, przywiązujący uwagę do podziałów historycznych (opozycjonista w latach młodości, tradycjonalista). Pod względem technicznym za to, spot jest niemal doskonały – a na pewno najlepszy z dotychczasowych spotów, które widziałem. Barwa głosu, gra światła i dobrze dobrana muzyka robią swoje. Widać, że kamerzysta również zna się na rzeczy.

Moja ocena:    Technicznie: 9/10 Merytorycznie: 2/10

2. Jarosław Kaczyński   – „Polska jest najważniejsza”

Spot wyborczy Jarosława Kaczyńskiego

Kaczyński zdecydowanie zwraca się w swoim spocie do elektoratu konserwatywnego. Dużą uwagę przywiązuje do tradycji i historii. Mimo to, dąb Bartek jest dla mnie trochę komicznym symbolem (choć oczywiście każdy może mieć swoje zdanie na ten temat). Kandydat nie prezentuje swojego programu, swoich poglądów, jedyne co można wyczytać z jego słów to skłanianie wyborców do odpowiedzialnej decyzji przy urnach wyborczych. Różnie można interpretować fragment filmu, w którym Kaczyński pomaga zasadzić młodym ludziom drzewo. Ja to rozumiem jako zerwanie z pewnym istniejącym ładem, a stworzenie i zakorzenienie jakiegoś nowego – to może być zabieg w kierunku młodszego elektoratu, chociaż jak myślę, średnio skuteczny. Jarosław Kaczyński, podobnie jak jego zmarły brat robił to w 2005 roku, występuje w otoczeniu gabinetu, starannie wystrojonego, pedantycznego (brakuje tylko godła Polski na ścianie). Pod względem technicznym spot wypada dobrze, ale nie rewelacyjnie. W tle Chopin, pasujący do charakteru filmiku, naładowany do szpiku kości patetycznością i podniosłością.

Moja ocena: Technicznie  7/10    Merytorycznie  4/10

3. Grzegorz Napieralski  – „Razem, zmienimy Polskę”

Spot wyborczy Grzegorza Napieralskiego

Bardzo krótki filmik, wypełniony charakterystycznymi hasłami partii typu wyborczego („catch all party”). Zwraca się do biednych i bogatych, do wierzących i niewierzących (co ciekawe dla lewicy), do młodych i starszych etc. Tu również brakuje konkretów. Zapewne kolejne spoty trochę się zmienią, bo kandydat zdecydowanie zwraca ku sobie elektorat młodszy, stara się wypadać na luzie (to trochę charakterystyczne dla lewicy ostatnich lat). Póki co jednak spot krótki i nijaki.

Moja ocena:   Technicznie 1/10 (kiepsko wykadrowany) Merytorycznie 2/10

4. Andrzej Olechowski   -„Wybierz swój dobrobyt”

Spot wyborczy Andrzeja Olechowskiego

Moim zdaniem najlepszy do tej pory spot wyborczy. Olechowski zastosował kilka metod by zwrócić na siebie uwagę. Po pierwsze pokazał się wśród ludzi, ściskając im ręce – to działa podświadomie na człowieka, kreując pozytywny wizerunek kandydata. Po drugie wykorzystał opinię osób publicznych, by przekonać elektorat do siebie. W dodatku osób publicznych, które oceniają go z różnych punktów widzenia. Pod kątem dbania o prawa kobiet (znana aktorka), pod kątem rozwoju gospodarczego (były wicepremier), pod kątem polityki międzynarodowej (były minister spraw zagranicznych) i pod kątem patriotyzmu (były działacz Solidarności). Po trzecie i ostatnie skrytykował zręcznie dwóch głównych kandydatów, uderzając w spór o historię (PiS) i w monopol władzy (PO). Poza tym panorama miasta w tle wypada naprawdę dobrze. Muzykę również odbieram pozytywnie, nie wyraża jakiejś niepotrzebnej podniosłości, jest zwykłym tłem dla prezentacji kandydata.

Moja ocena:    Technicznie:  7/10        Merytorycznie:  8/10

5. Waldemar Pawlak  – „Dialog i porozumienie”

Spot wyborczy Waldemara Pawlaka

Pierwsze co mnie uderzyło i rozbawiło w tym spocie to piosenka „Hej Sokoły” w tle- może panu Pawlakowi się pomyliły wybory w Polsce z wyborami na Ukrainie? Filmik jest przepełniony, peanami na cześć doświadczenia wicepremiera. Narrator podkreśla to, że Waldemar Pawlak był w Sejmie nieprzerwanie od 1989 roku,dwukrotne premierostwo, a także tradycje Mikołajczyka i Witosa. Dużo jest też o tym, że kandydat jest Prezesem Zarządu Ochotniczej Straży Pożarnej (nieładne wykorzystanie w wyborach powodzi – spot mówi że w takich chwilach ufa się strażakom). Chwalona jest też jego wszechstronność i zainteresowanie nowinkami technologicznymi. Ogólnie bardzo merytoryczny film, ale mało profesjonalny moim zdaniem. No i warto zanotować, że Pawlak nie wypowiada w spocie ani jednego słowa.

Moja ocena:    Technicznie: 3/10          Merytorycznie:  8/10

6. Andrzej Lepper   -„Jestem jednym z Was”

Spot wyborczy Andrzeja Leppera

Uch… Ciężkostrawny spot wyborczy. Słowo „marzenie” używane jest zdecydowanie zbyt często, aczkolwiek taki zapewne był cel twórcy filmu. Pod względem technicznym bardzo podobny do spotów Samoobrony z lat poprzednich – nie jestem pewien ale muzyka chyba nawet identyczna. Pan Lepper ma lekkie problemy z dykcją i starając się to przeskoczyć, mówi trochę zbyt „poprawną polszczyzną” tak, że efekt przypomina mi trochę harce pana Kononowicza kilka lat temu. Co do merytorycznej warstwy filmu, to przesłanie jest takie, że jest to kandydat zwykłych i prostych ludzi. Co ciekawe, Lepper kreuje nadal wizję IV Rzeczypospolitej, ale krytykuje tym samym jej wizję w wykonaniu Kaczyńskiego. Ogólnie, zalatujący lekką zgnilizną spot wyborczy, wyciągnięty gdzieś z dna szafy, strzepnięto jedynie kurz z wierzchu i dodano kilka zaledwie elementów.

Moja ocena:     Technicznie : 2/10   Merytorycznie:  4/10

7. Janusz Korwin- Mikke  – „Wolność i Praworządność”

Spot wyborczy Janusza Korwina-Mikke

Nie ma za bardzo co oceniać. Jak zwykle JKM pokazał nam swoją zabawną stronę, głosząc hasło „weźcie kije i pogońcie tych polityków” (zważywszy, że sam nim jest). To nie pierwszy już filmik pana Janusza w tej kampanii, wcześniej tematem była rodzina i to jak polskie rządy ją niszczyły. Teraz uderza w brak zorganizowania podczas powodzi.

Moja ocena :   pozwolę się wstrzymać 🙂

Pozostali kandydaci:  Marek Jurek, Kornel Morawiecki i Bogusław Ziętek, nie umieścili jeszcze swoich spotów wyborczych, a przynajmniej nie znalazłem ich w Internecie.

Podsumowując, nastąpiła zmiana trendu, dominującego w poprzedniej kampanii w 2005, czyli pełnego „zamordyzmu”. Kampanii negatywnej, skupiającej się nie na głoszeniu swoich walorów i osiągnięć, a dyskredytowaniu przeciwników, szczególnie tych najsilniejszych. W tej chwili, a przynajmniej do tej pory, bo kampania jest jeszcze w powijakach, kandydaci starają się przedstawiać przede wszystkim siebie. Niektórzy robią to poprzez zabiegi mające na celu pokazanie ich przeszłości, niektórzy pokazują łagodną twarz, a jeszcze inni chwalą się swoim doświadczeniem i sukcesami. Zobaczymy czy ten pozytywny trend utrzyma się do 20 czerwca, czy wróci wizerunek kampanii wojennej. Co jednak ciekawe, główni kandydaci obecnie są bardzo umiarkowani i mało merytoryczni, zaś Ci startujący z drugiego i trzeciego toru, rzucają o wiele większe konkrety i wizje kraju.

Czerwiec 5, 2010 Posted by | Journal | 1 komentarz

Quo vadis politicae?

Stało się. Pełniący obowiązki Prezydenta RP, marszałek Bronisław Komorowski rozpisał wybory prezydenckie na 20 czerwca br. Wtedy miałaby odbyć się pierwsza tura wyborów, druga zaś miałaby mieć miejsce 4 lipca. Oznacza to, że de facto dziś rozpoczyna się kampania wyborcza. Rozpoczyna się wciąż w cieniu tragedii sprzed 11 dni, w której zginęło dwóch kandydatów na Prezydenta. Wszyscy zastanawiamy się jak ma właściwie wyglądać owa kampania. Wielu twierdzi, że niestosowne byłoby zwykłe spieranie się, kampania „wyrywania sobie nawzajem kłaków z głów” jest potępiana przez większość, o ile nie wszystkie środowiska polityczne. Na fali, nagminnie ostatnio podejmowanych pod wpływem emocji decyzji, z wyborów wycofał się Ludwik Dorn, a także Tomasz Nałęcz. Trwa atmosfera wyczekiwania na oficjalne zgłoszenie kandydatów, przez frakcje parlamentarne. O ile kandydat PO jest pewny, to co do innych, możemy jedynie przewidywać, podczas gdy żądne bycia języczkiem uwagi partie będą nakłaniać nas do dalszego snucia hipotez, a co za tym idzie zainteresowania nimi. Przez parę ostatnich miesięcy sondaże przedwyborcze ulegały jedynie lekkim wahaniom, utrzymując jednak stałą, przewidywalną tendencję. Było niemalże pewnym, że wybory wygra kandydat Platformy, a tym samym zwycięzca prawyborów, marszałek Komorowski. W tej chwili jednak, po tragedii w Smoleńsku, mamy do czynienia, jeśli wolno mi się w ten sposób wyrazić, z „la carte blanche”. Społeczeństwo zjednoczone wskutek żałoby (poza pewnymi kwestiami dotyczącymi spoczynku pary prezydenckiej), może mieć większe znamiona społeczeństwa obywatelskiego, co w najbardziej oczywisty sposób spowoduje zwiększenie frekwencji w wyborach. Sam ten fakt może znacząco rozchybotać przedwyborcze sondaże. Poza tym istotną rolę w podjęciu decyzji na kogo głosować, mogą stanowić czynniki, które wynikły z narodowej tragedii np. współczucie dla PiS-u, czy konkretnie Jarosława Kaczyńskiego, lub z drugiej strony zadowolenie (albo rozczarowanie) krótkimi, substytucyjnymi rządami Bronisława Komorowskiego. Jeśli miałbym się pokusić o analizę potencjalnych kandydatów poszczególnych frakcji parlamentarnych, to mogłoby to wyglądać następująco:

1. Platforma Obywatelska

Z punktu widzenia PO kandydat może być tylko jeden i jest nim oczywiście Bronisław Komorowski. Po pierwsze, naturalnym kontrkandydatem wewnątrz gremium partyjnego jest jedynie Radosław Sikorski, z którym już marszałek Sejmu raz wygrał, a po drugie forsowanie innego kandydata w tej chwili przekreślałoby sens wcześniejszych prawyborów, w które partia hojnie zainwestowała i wspięła się na szczyty medialnego rozpowszechniania tego wydarzenia. Poza tym Tusk jest pewien zwycięstwa Komorowskiego w wyborach prezydenckich jak niczego innego. Do tej pory sondaże dodawały optymizmu Platformie i nadal dodają, ale trzeba przyznać, że 10 kwietnia wiele zmienił.

Jak już wcześniej wspomniałem, część wyborców (moim zdaniem głównie osoby, które nie planowały iść na wybory) może być skłonna głosować na człowieka Prawa i Sprawiedliwości. Nie da się ukryć, że katastrofa w Smoleńsku, mimo że zabrała życia osób z wszystkich frakcji parlamentarnych, najbardziej uderzyła w PiS i to w tym kierunku odciąga niezdecydowany do końca elektorat wyborczy.

Jeśli chodzi o samą kandydaturę Bronisława Komorowskiego, to do tej pory jego szansę zwiększało przede wszystkim to, że rozczarowani prezydenturą ś.p. Lecha Kaczyńskiego wyborcy szukali dla siebie alternatywy. Komorowski był najbliższy ich sympatiom, ponieważ reprezentował konserwatywne skrzydło Platformy Obywatelskiej. Miał więc pewność, że będzie na niego głosować elektorat wierny PO, ale także część społeczeństwa o konserwatywnych poglądach (a więc elektorat PiS-u i innych prawicowych partii). Marszałkowi sprzyjała negatywna medialna kampania wobec Lecha Kaczyńskiego, która gwarantowała systematyczny przepływ głosów dla Komorowskiego. Wszystko zmieniło się po tragedii z 10 kwietnia. Śmierć Prezydenta Kaczyńskiego pociągnęła za sobą 2 zjawiska, które zasadniczo osłabiają Komorowskiego jako kandydata.

Po pierwsze żałoba bardzo znacząco „wybieliła” sylwetkę Lecha Kaczyńskiego. Z osoby pogardzanej, wytykanej palcami, uważanej za zupełnie niereprezentatywną i na każdym kroku wyszydzanej, po śmierci stał się niemalże obiektem czci. Okazało się, że przymioty po których wcześniej się go oceniało, stały się abstrakcyjne, kompletnie nieistotne. Obecnie mówi się o nim przede wszystkim jako o patriocie,  oddanym sprawie polskiej, który kochał swój Naród i chciał dla niego jak najlepiej. Same media, które jeszcze miesiąc temu kreowały go na „nieporadnego karła” zamkniętego w swoim pałacu, teraz korzą się i przepraszają za jednostronne kreowanie jego wizerunku. Ludzie poniewczasie dostrzegają jego drugą naturę, to jakim był człowiekiem, a nie tylko Prezydentem. Oczywistym jest więc, że z takim podejściem do jego osoby, gdyby jeszcze żył, dostałby komplet głosów od swojego elektoratu. Ba, skłonnym twierdzić, że wygrałby te wybory. Los chciał jednak inaczej. Teraz jednak pozostaje przypuszczać, że wyborcy Ci przerzucą swoje sympatie na kandydata PiSu, kimkolwiek by on nie był, domniemywając iż taka byłaby wola zmarłego Prezydenta. To oczywiście skutkuje utratą cennych głosów przez Komorowskiego.

Po drugie zaś, Bronisław Komorowski ma ten problem, że kandydując na stanowisko Prezydenta, w praktyce jako marszałek pełni już jego obowiązki. Zaraz po 10 kwietnia spotkałem się z komentarzami, że to dla niego dobre rozwiązanie (choć to strasznie brzmi w obliczu tej tragedii), ponieważ będzie mógł pokazać obywatelom, że sprawdza się w tej roli świetnie i że nie chcąc zbytnio zwlekać z wyborem, będą po prostu chcieli go zostawić na tym stanowisku. Miał ku temu szerokie możliwości, ponieważ jako p.o. Prezydenta musi podejmować bardzo wiele decyzji, w zasadzie symultanicznie, by powstrzymać chaos organizacyjny wynikły z utraty w katastrofie tak wielu istotnych z punktu widzenia państwa, osób. Sądzę jednak (i czytając artykuły z ostatnich dni stwierdzam, że nie jestem odosobniony w tym zdaniu), że Komorowski nie wykorzystał tej okazji na swoją korzyść, a raczej podczas tych 10 dni więcej stracił w oczach społeczeństwa, niż zyskał. Naród pogrążony w żałobie, potrzebuje wizerunku lidera, który płacze razem z nimi, z którym mogą się utożsamiać i jednoczyć w bólu. Który z racji urzędu podejmuje decyzje, ale robi to zagryzając zęby i powstrzymując łzy. Jeśli miałbym porównywać, to Tusk sprawdził się w tej roli idealnie, a Komorowski zupełnie źle. Na jego obliczu nie widać było, aż takiego żalu jakiego wszyscy oczekiwali. W jego głosie nie słychać było bólu ściskającego gardła, który każdy chciał usłyszeć. Nie twierdzę, że Bronisław Komorowski nie przeżył tej tragedii, że spłynęło to po nim, stracił w końcu w katastrofie wielu przyjaciół. Ja zauważam jedynie że jego styl bycia i radzenie sobie w tego typu sytuacjach, powoduje, że ulega on alienacji względem społeczeństwa, a to musi obniżać jego popularność i poparcie. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że o ile przed 10 kwietnia sondaże mówiły, że marszałek Komorowski może liczyć na ok 36% głosów w I turze wyborów prezydenckich, to obecnie jego poparcie waha się w okolicach 31%, a to spora strata.

2. Prawo i Sprawiedliwość

Tutaj sytuacja jest już bardziej skomplikowana, ze względu na brak pewności co do kandydata partii. PiS utracił swojego pewnego kandydata w postaci urzędującego Prezydenta i musiał stanąć przed trudną decyzją, kogo wytypować jako jego następcę, a przy obecnej ocenie Lecha Kaczyńskiego, kandydat będzie musiał przygotować się na wysoką poprzeczkę, gdyż nie da się uniknąć porównań i wartościowania.  Opinii co do kandydatury Prawa i Sprawiedliwości jest wiele, ale w zasadzie na liście pojawiają się trzy główne nazwiska + jedno jak dla mnie nietypowe i raczej mało prawdopodobne. Może od niego zacznę.

Gdy minął pierwszy szok po tragedii smoleńskiej, zaczęto się zastanawiać nad kandydatem ponadpartyjnym i w tej sytuacji pojawiły się głosy, dobiegające z otoczenia Prawa i Sprawiedliwości, iż dobrym kandydatem byłby prezes Polskiej Akademii Nauk, profesor Michał Kleiber. Nieznany szerszej publiczności, autorytet w środowisku naukowym, a także, co obecnie mogłoby wpływać na jego korzyść, był bliskim przyjacielem Lecha Kaczyńskiego i jego doradcą do spraw społecznych. Jako kandydat, przemawia za nim to, że jest ponadpartyjny i może przyciągać do siebie w zasadzie  elektorat zarówno prawicowy jak i lewicowy. Jeśli ktoś jednak pytałby mnie o zdanie, to sądzę że górę weźmie tu interes partyjny. Poza tym kandydat ponadpartyjny, przyciągając do siebie tylko część elektoratów i równocześnie konkurując z innymi kandydatami reprezentującymi poszczególne partie, nie będzie pełnił roli konkretnego konkurenta, a jedynie „złodzieja głosów” swoich oponentów. Dlatego też, uważam że jeśli chodzi o PiS to powinniśmy skupić się na trzech pozostałych nazwiskach, które pojawiają się w spekulacjach mediów, czyli Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, oraz Zyta Gilowska.

Ciekawą kandydaturą byłaby osoba Zyty Gilowskiej. Kobieta ta łączy w sobie wiele elementów, które mogłyby do niej przekonać elektorat poszczególnych opcji politycznych. Poza tym, że jest niekwestionowanym ekspertem w dziedzinie ekonomii (w skali nie tylko krajowej, ale i międzynarodowej), ma silny charakter i wizję państwa, to samo to, że jest kobietą niejako wytrąca argument lewicy. Poza tym należała przez jakiś czas do Platformy i wciąż w jej obrębie ma wielu zwolenników. Mimo wszystko, nie uważam, żeby to ona była kandydatem PiS-u w wyborach prezydenckich, z dwóch konkretnych powodów. Raz, że w zasadzie nie znamy jej poglądów na stosunki międzynarodowe, nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia, a to ważny element reprezentowania państwa jako Prezydent, a dwa, że Zyta Gilowska nie jest bezpośrednio kojarzona z Prawem i Sprawiedliwością, a przez niektórych bardziej nawet z Platformą. Forsowanie jej kandydatury byłoby dosyć ryzykowne z punktu widzenia PiS-u.

Zbigniew Ziobro jeśli zdecydowałby się kandydować, to przyciągnąłby wielu wyborców, szczególnie wśród konserwatystów. Sondaże przewidują, że uzyskałby ich niewiele mniej niż sam Jarosław Kaczyński. Ziobro jest wśród swoich zwolenników uważany za osobę, która ma wygląd, która mogłaby skutecznie reprezentować państwo, która ceni państwo sprawiedliwe (ten argument szczególnie trafia do warstw biedniejszych). Przeciwnicy nawołują, że Ziobro najpierw mówi później myśli, że jest zbyt uparty i nieustępliwy, że trudno u niego o kompromis. Prawda jest taka, że pod tym względem jest on sobowtórem Jarosława Kaczyńskiego. Z punktu widzenia czysto pragmatycznego, dla Jarosława byłby lepszy wariant gdyby Ziobro został Prezydentem, a on pozostał Prezesem PiS-u. Powstają jednak 2 pytania. Pierwsze, czy Zbigniew Ziobro w ogóle jest zainteresowany kandydowaniem na Prezydenta. Jako europarlamentarzysta otrzymuje, po przeliczeniu, około 30 tysięcy złotych miesięcznie. Przy „skromnej” pensji prezydenckiej równej lekko ponad 17 tysięcy to dosyć duża różnica. Ziobrze taka zmiana, finansowo się po prostu nie opłaca. Drugie pytanie zaś dotyczy Jarosława Kaczyńskiego. Czy ambicje prezesa PiS-u nie wygrają z rozsądkiem? Czas pokaże.

Naturalnym kandydatem na Prezydenta RP z ramienia Prawa i Sprawiedliwości jest oczywiście Jarosław Kaczyński. Któryś z posłów PiS-u wypowiedział się (anonimowo) dla dziennikarza Wprostu, że podczas kampanii wystarczy dać zdjęcie Jarosława ze smutną miną, w sepii i wygraną mają w kieszeni. Rzeczywiście, może okazać się, że tragiczna śmierć Lecha i konieczność przeniesienia jego popularności na innego kandydata, skończy się lokacją tego poparcia w najbliższej osobie tragicznie zmarłego – jego bracie. Dopóki trwa to polityczne zawirowanie, gloryfikujące postać Lecha Kaczyńskiego, dopóty Jarosław będzie z tego czerpał największe korzyści. Wiem, że to brzmi okrutnie, jak gdybym nie brał pod uwagę osobistej tragedii tego człowieka, który stracił najbliższego przyjaciela i brata zarazem. Ja po prostu staram się na chłodno ocenić polityczne szanse poszczególnych kandydatów, a obecna aura najbardziej sprzyja właśnie Jarosławowi. Może w tym połączeniu tkwi największa jego tragedia.

Podsumowując, najbardziej prawdopodobne, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość, są dwie kandydatury – Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński i jak sądzę, to któryś z nich będzie kandydatem na Prezydenta. Decyzję podejmie sam Jarosław (ponoć już ją podjął) i myślę że najważniejszym dylematem będzie tutaj kwestia, tego czy słuchać rozsądku, czy ambicji. Jeśli posłucha rozsądku, to kandydatem zostanie Ziobro, który jeśli przegra to świat się nie zawali, Jarosław pozostanie Prezesem PiS-u i ciągłość partyjna pozostanie. Jeśli jednak posłucha ambicji i sam będzie kandydował to istnieje duże ryzyko takiej decyzji. Gdyby przegrał w wyborach, to oznaczałoby dla niego właściwie koniec politycznej kariery, stawiałby na szali swoją osobę. W tej sytuacji Ziobro mógłby pokusić się o objęcie władzy wewnątrz partii, w której wielu członków widziałoby go w roli prezesa i podjąć próbę uniezależnienia się od wpływów Jarosława.

3. Sojusz Lewicy Demokratycznej

Pewnym kandydatem miał być Szmajdziński. Niestety zginął w tragicznym wypadku w Smoleńsku. W tym samym wypadku zginęła także Izabela Jaruga-Nowacka, inna potencjalna kandydatka. To był ogromny cios dla lewicy. Próby odnalezienia kolejnych kandydatów w postaci Włodzimierza Cimoszewicza (który notabene byłby idealnym kandydatem, gdyby chciał kandydować) i Jacka Majchrowskiego – obecnego prezydenta Krakowa, spełzły na niczym. Ten pierwszy zasugerował władzom partii, aby nie wystawiały nikogo, bo pewnym jest że kandydat SLD i tak nie wygra. Że w tej sytuacji najmądrzejszym posunięciem jest poparcie kogoś godniejszego z innej opcji politycznej. Większość członków partii jednak nie przyznała mu w tej kwestii racji. Na chwilę obecną wyłoniło się dwóch potencjalnych kandydatów i prawdopodobnie to któryś z nich zostanie oficjalnym kandydatem partii.

Ryszard Kalisz, były szef kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i były minister MSWiA w rządzie Leszka Millera. Jest to postać bardzo znana w kręgach lewicowych, zwolennicy twierdzą, że byłby on dobrym kandydatem, bo reprezentuje prawdziwą lewicę. Jego kandydaturę forsuje przede wszystkim, wciąż wpływowy w kręgach SLD-owskich, Aleksander Kwaśniewski. Mimo to, przeciwny temu jest prezes partii Grzegorz Napieralski. Nieoficjalnie mówi się, że wynika to z niesubordynacji posła Kalisza, jego niefortunnych wypowiedzi, które w zbyt dobrym świetle stawiają PO, a obniżają realną wartość SLD.

Sam Napieralski próbuje przeforsować kandydaturę Marka Siwca. Jak dla mnie intrygująca propozycja. Były szef BBN, obecnie zasiadający w Parlamencie Europejskim, z ramienia SLD. O tyle ciekawe, że pan Siwiec nie dość że przez wielu niezbyt fortunnie kojarzony z aferami za rządów koalicji SLD-UP, to tak najogólniej mówiąc, nie ma zbytniej popularności w kraju. Zastanawiam się, czy SLD próbuje wystawić kandydata na siłę, czy naprawdę wierzy w to, że może cokolwiek osiągnąć w tych wyborach. Biorąc pod uwagę sondaże partii to ledwie mieści się ona w parlamencie z 7% wynikiem. Tak więc, ktokolwiek będzie reprezentował lewicę, nie przewiduję by osiągnął zauważalny wynik, nawet jeśli byłby to sam Napieralski, to o drugiej turze nie ma mowy. Jedyną osobą potencjalnie zdolną do przejścia do II tury jest Włodzimierz Cimoszewicz, ale on kategorycznie odmawia kandydowania i o ile wcześniej zastanawialiśmy się czy aby nie próbuje flirtować z opinią publiczną, czy może w najmniej oczekiwanym momencie jednak zdecyduje się kandydować, to teraz, w obliczu tragedii z 10 kwietnia, staję się coraz bardziej pewny, że jego „nie” jest ostateczne.

PS. Edit:  Kandydatem został jednak Grzegorz Napieralski, z racji tego że jest przewodniczącym Sojuszu. Niemniej jednak nie zmienia to w żaden sposób polaryzacji w kwestii poparcia dla kandydatów poszczególnych frakcji. Kandydat SLD wciąż nie ma większej szansy zaistnieć.

4. Polskie Stronnictwo Ludowe

Zdecydowanie zabawną dla mnie jest najświeższa informacja, iż oficjalnym kandydatem PSL-u jest, któż by inny, jak nie barwny i pełen pozytywnej energii Waldemar Pawlak. Jest to, podobnie jak w przypadku SLD, kandydatura, sama dla siebie, bo pewne jest, że poza naprawdę najtwardszym elektoratem ludowców, nikt na niego nie zagłosuje. Pozycja wicepremiera i ministra gospodarki jest i tak wyjątkowo atrakcyjna, z punktu widzenia poparcia jakie partia Pawlaka otrzymuje. A poparcie owo oscyluje na granicy progu wyborczego, z tendencją poniżej tego pułapu, co oznacza, że jeśli trend się utrzyma, to w przyszłym parlamencie ludowców zabraknie.

Jeśli już mowa o analizowaniu sondaży dla partii politycznych to sytuacja jest o tyle ciekawa, że mamy dwie dominujące partie o charakterze prawicowym i centroprawicowym, oraz lewicę, która nieuchronnie zbliża się do poziomu progu wyborczego (7%) i ludowców, którzy już ten nieszczęśliwy próg osiągnęli. Zmierzamy więc do systemu dwu- lub dwuipółpartyjnego. Gdyby PO wygrała wybory do parlamentu z dobrym wynikiem, nie potrzebowałaby koalicji z PSL-em, który w ten sposób wypadłby z parlamentarnego dyskursu. Przewiduję więc koalicję SLD-PSL (która zresztą w historii III Rzeczpospolitej miała już miejsce), która będzie starała się osiągnąć i utrzymać kilkunastoprocentowe poparcie. Poza tym mamy dwie dominujące partie PO i PiS, które stanowią dla siebie alternatywę, ale w zasadzie wewnątrz prawicy (konserwatyści i liberałowie). W tej sytuacji model systemu dwupartyjnego z trzecią partią centrum musiałby w realiach Polski ulec redefinicji, ponieważ lewica stałaby się centrum i tzw. „języczkiem uwagi” dla dwóch sił prawicowych. Myślę, że bezprecedensowa sytuacja w systemach politycznych współczesnego świata.

Wracając do wyborów prezydenckich to są jeszcze oczywiście kandydaci bezpartyjni jak niezłomny Andrzej Lepper, czy Marek Jurek, próbujący zjednać sobie elektorat chadecki. Jest też Janusz Korwin-Mikke, czyli ultra-liberał, z od lat sobie wiernym elektoratem, procentowo graniczącym niestety z ułamkiem dziesiętnym poniżej liczby 1. Kilku politologów wskazywało Andrzeja Olechowskiego, jako czarnego konia, który może, w obliczu skutków tragedii narodowej, wiele zwojować. Miała go zwerbować lewica, jako ich kandydata, ale jest on zbyt odległy w swoich poglądach. Jako kandydat na Prezydenta RP, Olechowski ma rzeczywiście potencjał, aby zmieścić się w pierwszej trójce, ale jak wiemy taki wynik nic by mu nie dał, ponieważ mamy ordynację większościową i w drugiej turze walczą ze sobą dwaj kandydaci, którzy uzyskali największą liczbę głosów w pierwszej turze. W tej sytuacji można przewidywać, że będą to kandydaci PO i PiS-u.

Pytanie: kto wygra? Dopiero zaczyna się kampania. Będzie to bodaj najtrudniejsza kampania w Polsce po ’89 roku. Musi być starannie wyważona, ostrożna w słowach, zważywszy na nastroje społeczeństwa świeżo po żałobie, która nadal tkwi w ludzkich sercach. Jeśli ktoś się potknie, to może już się z tego upadku nie podnieść, w tej sytuacji każdy ma równe szanse zwycięstwa. Na chwilę obecną największe szanse ma kandydat Platformy, ale jego przewaga nad kandydatem PiS-u (kimkolwiek by on nie był) maleje. Dlatego tak ważne będą kolejne dni. Komorowski będzie musiał szczególnie uważać, bo z racji że pełni obowiązki Prezydenta RP, wszystkie oczy są skierowane na jego ręce i to on może najwięcej zyskać swoimi decyzjami, jak i najwięcej stracić. Z sytuacji gdzie wynik wyborów prezydenckich był niemal pewny, po 10 kwietnia cała rzeczywistość polityczna uległa radykalnej zmianie. Teraz wszystko się może zdarzyć.

Kwiecień 21, 2010 Posted by | Journal | 1 komentarz

Gdy czerń pokrywa czerwieni biel…

10 kwietnia 2010. Godzina 8:56. Rosja. Lotnisko pod Smoleńskiem.Koszmarna mgła. Ciszę przedziera ryk samolotu, krążącego ku lądowisku. Ryk, a zaraz potem ogłuszający hałas i zgrzyt rozrywającej się stali. W tym momencie znika 96 ludzkich istnień…

Prezydent Rzeczpospolitej Polski, Lech Kaczyński, wraz z małżonką Marią Kaczyńską zmierzali na uroczystości upamiętniające 70-lecie Mordu Katyńskiego. Cóż za koszmarna ironia losu. W tym samym miejscu gdzie ponad pół wieku temu stracona została elita intelektualna i oficerska kraju, teraz giną dziesiątki ludzi tą samą elitę reprezentujący.

Na pokładzie poza parą prezydencką znajdowało się 15 posłów w tym dwóch wicemarszałków Sejmu, oraz 3 senatorów w tym pani wicemarszałek Senatu, z praktycznie wszystkich opcji politycznych.  Znajdowała się świta elit urzędniczych najważniejszych instytucji państwowych, prezes Narodowego Banku Polskiego, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Rzecznik Praw Obywatelskich, prezes Instytutu Pamięci Narodowej. Znajdowała się prawie cała kancelaria prezydencka. Znajdowali się dowódcy wszystkich armii Wojska Polskiego!  Szef Sztabu Generalnego, oraz dowódcy sił powietrznych, morskich, lądowych i specjalnych. W historii powojennego świata, żadna tragedia w żadnym kraju, nie uszczupliła do tego stopnia sił wojskowych. Szczególnie, że narzuca się nam na myśl, tragedia ze stycznia 2008 roku, gdy na lotnisku w Mirosławcu, również w wypadku lotniczym zginęła elita oficerska Wojska Polskiego. W Smoleńsku odeszli również liczni duchowni, legenda Solidarności, Anna Walentynowicz, członkowie Biura Ochrony Rządu, przedstawiciele rodzin katyńskich, którzy lecieli na uroczystości aby uczcić tragiczną śmierć swoich ojców, dziadków, stryjów, a nieprzewidywalny los sprawił, że w tym samym miejscu dołączyli do nich.

Czekałem z napisaniem tego artykułu do dziś, ponieważ wczoraj nie mogłem zebrać myśli, zbyt wielkim szokiem dla mnie była wiadomość o tej tragedii. Te 2 dni są dla mnie kompletnie wycięte z życiorysu. Od rana do wieczora siedzę na portalach informacyjnych, tych polskich i tych zagranicznych. Trudno się pogodzić z tak niewiarygodną tragedią, która atakuje nas znikąd i zastaje kompletnie na nią nieprzygotowanych. Myślę, że mimo zupełności różnic między tymi wydarzeniami, czuję się trochę jak Amerykanie czuli się 11 września 2001.

Symbolika tego miejsca, tego fatum katyńskiego, które na nas ciąży znów nie daje nam o sobie zapomnieć. Sama wiadomość jest szokująca, ale słowa to jedno, a obrazy to drugie. Widok twarzy ludzi czekających na miejscu uroczystości, przerażenie w ich oczach, tuzinów pustych krzeseł przyozdobionych biało-czerwoną flagą, twarz Jarosława Kaczyńskiego, gdy składał wieniec na miejscu odnalezienia ciała jego brata – nie da się nie uronić łzy patrząc na taki obrazek. Nawet takiemu dziennikarskiemu rutyniarzowi jak Piotr Kraśko, łamał się głos gdy stał przed kamerą i opowiadał o tragicznych wydarzeniach w Smoleńsku. Z całego świata nadchodzą kondolencje, na Litwie, w Gruzji, w Rosji, czy w Brazylii ogłoszono żałobę narodową. Poniekąd dzisiejszy dzień jest dużo trudniejszy niż wczoraj, ponieważ o ile wczoraj wszystkie te sensacje nas zszokowały, stały się zlepkiem abstrakcyjnych i zupełnie niewiarygodnych informacji, o tyle do dziś zdążyliśmy już ten straszliwy fakt, że oni wszyscy zginęli, przetrawić. Mnie osobiście słowa „Ostatnia podróż Prezydenta”, które pojawiły się w nagłówkach portali informacyjnych, a określające przetransportowanie trumny ze zwłokami Lecha Kaczyńskiego do Warszawy, kompletnie rozkleiły. Takie proste i przejmujące zarazem.

Co do samej katastrofy nasuwa się kilka pytań. Rzeczą ludzką jest, iż pierwsze pytanie jakie w obliczu takiej tragedii zostaje zadane to pytanie „dlaczego?”. Nie brakuje nam zwolenników teorii spiskowych, którzy będą próbowali przekonywać, iż maczała w tym palce strona rosyjska, lub przeciwnicy polityczni w kraju. Ja mam na ten temat swoją teorię, jeśli ktoś orientuje się jak wyglądało prezydenckie lądowanie w Gruzji podczas wojny, która toczyła się ponad rok temu, to może się domyślać na czym polega ta teoria. Uważam jednak, że w tej chwili nie powinniśmy szukać winnych, rozwodzić się nad tym czy była to wina pilotów, kontroli lotu, stanu samolotu czy może warunków pogodowych. Nawet gdybyśmy znaleźli winnych, to i tak to nie wróciłoby nam zmarłych. Powinniśmy skupić się na przeżyciu tej tragedii we właściwy sposób, każdy indywidualnie, osobiście oddać hołd tym wszystkim ludziom. Nawet jeśli nie każdego darzyło się sympatią, z niektórymi można było się nie zgadzać, krytykować ich nieustannie, mimo wszystko jednak należy mieć szacunek do życia, a także do autorytetu stanowisk jakie wielu z nich obsadzało.

Drugie ważne pytanie jakie się nasuwa to „co teraz?” Na pewno czeka nas teraz zupełny chaos organizacyjny. Marszałek Komorowski, zgodnie z zapisami w Konstytucji RP, pełni obowiązki Prezydenta RP, ale w ograniczonym zakresie. W ciągu 14 dni od objęcia stanowiska musi rozpisać wybory prezydenckie, które muszą się odbyć w ciągu 60 dni od ich ustanowienia. W międzyczasie Parlament musi uzupełnić luki personalne, które powstały po utracie 15 posłów i 3 senatorów. Na ich miejsca wejdą osoby, które znajdowały się na kolejnych miejscach w okręgowych listach wyborczych. Sejm musi wybrać dwóch wicemarszałków, zaś Senat jednego. Prezydent za zgodą Sejmu, lub wedle własnych preferencji musi obsadzić naczelne stanowiska wojskowe, ponieważ Wojsko Polskie po tragedii w Smoleńsku zostało właściwie bez jakiegokolwiek zwierzchnictwa. Muszą zostać obsadzone stanowiska prezesa NBP, IPN, PKOL, Rzecznika Praw Obywatelskich, czy Prezesa Naczelnej Izby Adwokackiej.  I to szybko, bo wraz z upływem czasu zwiększy się chaos.

Z drugiej strony jednak to pytanie „co teraz?” może wiązać się z teleologią. Być może powinniśmy sobie zadać pytanie „po co?” Czy da się z tej tragedii, wyciągnąć coś dobrego, stworzyć z tego jakiś fundament, aby poświęcenie tych 96 ludzkich istnień nie poszło na marne. Może to jest moment na przekroczenie pewnych barier, które dzieliły opozycjonistów politycznych, może opierając się na utracie bliskich osób, bo w końcu zginęli reprezentanci wszystkich frakcji parlamentarnych, będą w stanie wypracowywać jakiś consensus, będą w stanie prowadzić politykę porozumienia, a nie konfliktu jak to było do tej pory.  W obliczu niewyobrażalnych tragedii jak ta, ludzie mają tendencję do jednoczenia się, znajdywania więzi, których wcześniej nie dostrzegali lub nie chcieli dostrzegać. Po 11 września, przynajmniej przez jakiś czas zniknęły podziały na Republikanów i Demokratów, po zamachach w Londynie, ramię w ramię stali Konserwatyści i Labourzyści, po śmierci Jana Pawła II cały świat ogarnęła żałoba, modlili się zarówno muzułmanie jak i katolicy i prawosławni. Ludzie w takich sytuacjach szukają oparcia w swojej tożsamości narodowej, często opartej na religii i wspólnych autorytetach.

Dziś nad grobem Lecha Kaczyńskiego ronią łzy także jego najzagorzalsi przeciwnicy. Adam Michnik, redaktor naczelny Gazety Wyborczej, którego kontakty z Prezydentem były dalekie od poprawnych, powiedział że „czuje się jakby został osierocony”. Lech Wałęsa, który sądził się z Kaczyńskim i od czasu rozpadu Solidarności krytykował go, teraz publicznie przeprosił za to co mówił, dodając, że ta tragedia głęboko nim wstrząsnęła. Kto interesował się polityką Polska-Rosja, wie, że relacje między Lechem Kaczyńskim, a Vladimirem Putinem były raczej chłodne. Być może to co się stało, sprawi, że coś się w naszych relacjach poprawi, być może Katyń, który stał się przedmiotem naszego wieloletniego konfliktu, stanie się też jego rozwiązaniem. Widząc minę premiera Putina oddającego hołd przed trumną ś.p. Lecha Kaczyńskiego i jego minę wyrażającą autentyczny żal, jestem skłonny być takim optymistą. Pamiętnym obrazkiem będzie moment gdy Putin objął ramieniem Donalda Tuska, gdy ten składał wieniec w miejscu wypadku. Najbardziej wstrząsająca była chyba dla mnie właśnie reakcja premiera Donalda Tuska. Wiemy wszyscy, że nie dogadywali się z Prezydentem, ciągle spierali się w sprawach kompetencyjnych. Zwykły widz, z mediów mógłby wywnioskować, że się nienawidzili.  Reakcja Tuska jest jedną z rzeczy, które mnie rozbiły. Mimo, że wiem że to człowiek o niebywale rozwiniętej grze aktorskiej, który każdą minę i gest ma ułożoną w swoim scenariuszu, to nie wierzę, aby ta jego reakcja była w jakimkolwiek stopniu przygotowana. To co zobaczyłem w oczach Tuska, sprawiło że ścisnęło mnie w gardle. I to jest piękne, że w tej sytuacji odrzuca się na bok wszelkie spory, wszelkie podziały jak mówił p.o. Prezydenta, Marszałek Komorowski w swoim orędziu do narodu. Nikt nie ma wątpliwości, że Lech Kaczyński kochał Polskę i był człowiekiem dobrym i w tej chwili jedynie to się liczy.

Statystycznie mało który Polak interesuje się w stopniu większym niż przeciętny polityką. W tej sytuacji chyba wolałbym być w tej większości, ponieważ mając ciągły kontakt z mediami, czytając gazety, śmierć tych ludzi jeszcze bardziej mi doskwiera. Gdyby to byli anonimowi ludzie, jakiśtam Skrzypek, jakiśtam Gosiewski to, na pewno byłoby mi ich żal, pomodliłbym się za ich dusze, ale nie doznałbym takiego wstrząsu jakiego doznałem wczoraj. Jeszcze kilka dni temu słyszałem wypowiedzi w telewizji posła Karpiniuka, czytałem o marszałku Szmajdzińskim, o tym że szykuje się do kampanii prezydenckiej. Nie tak dawno wysyłałem maila do biura poselskiego Zbigniewa Wassermanna, a dziś nawet gdyby był zainteresowany, nie mógłby mi już odpisać. Mam wrażenie jakby odeszli ludzie bliscy, mimo że nie miałem z nimi nic wspólnego, nie powinny mnie z nimi łączyć żadne więzi, to jednak, tak na ludzki sposób, media zbliżyły je do tego stopnia, że czuję ogromny żal po ich utracie.

Bronisław Komorowski ogłosił tygodniową żałobę narodową. Przeżyjmy ją jak należy, oddajmy przynajmniej w ten sposób hołd ludziom, którzy poświęcili wiele lat swojego życia pracy dla dobra publicznego. Których sami wybraliśmy i którzy zginęli chyba w najbardziej zacny dla nich sposób, pełniąc obowiązki urzędowe.

„Czemu, Cieniu, odjeżdżasz, ręce złamawszy na pancerz,
Przy pochodniach, co skrami grają około twych kolan? –
Miecz wawrzynem zielony i gromnic płakaniem dziś polan;
Rwie się sokół i koń twój podrywa stopę jak tancerz.
– Wieją, wieją proporce i zawiewają na siebie,
Jak namioty ruchome wojsk koczujących po niebie.
Trąby długie we łkaniu aż się zanoszą i znaki
Pokłaniają się z góry opuszczonymi skrzydłami
Jak włóczniami przebite smoki, jaszczury i ptaki…
Jako wiele pomysłów, któreś dościgał włóczniami…”

/ Cyprian Kamil Norwid /

Kwiecień 11, 2010 Posted by | Journal | 3 komentarze

Antyautorytet munduru

Policja – umundurowana  i uzbrojona formacja przeznaczona do ochrony bezpieczeństwa ludzi i mienia oraz do utrzymywania bezpieczeństwa i porządku publicznego.

Stworzona więc przez państwo jako fundament stabilności i bezpieczeństwa. Powinna wzbudzać autorytet, jeśli nawet nie merytoryczny to taki zwykły, ludzki. Jeśli ktoś włamie mi się do domu, okradnie mnie, skasuje mi samochód, pobije, lub będzie próbował to zrobić, mam prawo oczekiwać od policji i innych służb publicznych pomocy. Abstrahując już od obecnej kondycji tych służb, która nie jest imponująca – ludzie nie są przeszkoleni, wielu policjantów wcale nie czuje powołania do wykonywania tego zawodu, zajmują się sprawami błahymi, miast tymi które rzeczywiście winny być przez nich podejmowane, to mimo wszystko, od małego byłem wychowany w duchu autorytetu do munduru. Nawet jeśli patrzę na owy ciemny błękit z lekką podejrzliwością, to nie wyobrażam sobie wdawania się z policjantem w rękoczyny, pobicia go czy, to czego jesteśmy niedawno coraz częstszymi świadkami, zwykłego mordowania z zimną krwią.

Obecnie – według art. 222 § 1 k.k. – kto narusza nietykalność cielesną funkcjonariusza publicznego lub osoby do pomocy mu przybranej podczas lub w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.   – jak widać to za mało, aby odstraszyć ludzi od podnoszenia ręki na funkcjonariuszy.

Zastanawiam się czy nie mamy przypadkiem do czynienia z jakimś przedmurzem rewolucji. Jestem akurat po lekturze książki pt. „Rewolucje Europejskie” Charlesa Tilly’ego. Niezaprzeczalnie mamy obecnie problem trudnej młodzieży, która wkrótce wejdzie w dorosłe życie, prawdopodobnie wychowując kiedyś swoje dzieci w tym samym ulicznym credo. Pierwsze przykazanie ich dekalogu brzmi – Ubij psa ! Brakuje autorytetu dla munduru, policjant jest traktowany jak wróg, co jest kompletnym fiaskiem demokracji i sensu istnienia tej służby. Jeśli nic się w tej materii nie zmieni, to kiedyś każda akcja policji na miejskim osiedlu, może kończyć się regularną batalią na pistolety, noże, kije i Bóg wie co jeszcze.

Z całej Polski docierają informacje o napaściach na funkcjonariuszy mniej lub bardziej dotkliwych w swych skutkach. Ku pamieci:

-> śmierć policjanta, który próbował interweniować, mimo że nie był wtedy na służbie, wobec bandy dewastującej przystanek autobusowy

->ciężkie pobicie funkcjonariusza na Śląsku, zupełnie bez interwencji, tak po prostu aby zaimponować kolegom

->z ostatnich dni, oblanie benzyną i podpalenie dwóch policjantów którzy asystowali komornikowi przy wizycie u dłużnika – skutek, oboje walczą o życie w szpitalu.

-> co do interwencji komorniczych, to w innej wiosce 22-letnia funkcjonariuszka została zabita siekierą podczas wizyty u zalegającego, dodam że w samochodzie czekał na Nią jej mąż z kilkumiesięczną córeczką (aż żal mi komentować bezmyślności jej mordercy, co on chciał osiągnąć ja się pytam !?)

Nawet agencje reklamowe zaczynają już sprzedawać nagonkę na „psy”, adresowaną oczywiście do zdegenerowanej części społeczeństwa (która obawiam się, że z roku na rok wzrasta, wraz z ilością jej wylęgarni – osiedlami)

Może na razie nieco hiperbolizuję, twierdząc że mamy do czynienia z zaczątkami rewolucji, ale nie da się ukryć że coś zaczyna wrzeć. A bez autorytetu służb, które będą potrafiły zażegnać konflikt, jacyś radykałowie  kiedyś mogą wyjść na ulice i z niej nie zejść. A wtedy rząd będzie musiał odpowiedzieć reakcją, jak nie policją to wojskiem. A to już wiemy do czego prowadzi.

Marzec 23, 2010 Posted by | Journal | 1 komentarz

Gdy w zimową noc…

Wpadł mi niedawno w ręce najnowszy album Stinga. Nastawiwszy się na kojące nuty z gatunku Desert Rose , czy Englishman in New York , załączyłem Winampa, w napięciu wytężając kanaliki słuchowe. Usłyszałem Stinga… ale zupełnie nie takiego Stinga, jakiego do tej pory znałem.

Pierwsze co uderza mnie w albumie „If on winter’s night” to bogata warstwa liryczna. Ale to nic nowego w przypadku tego wykonawcy, za to między innymi jest ceniony.

Kolejną, bodaj najważniejszą cechą krążka jest specyficzny klimat. Zgodnie z tytułem, nie jest to tuzinkowa muzyka, uniwersalna dla chwili i miejsca. Zdecydowanie najlepiej słuchać jej w grudniowy wieczór, przy ogniu kamiennego kominka, patrząc na opadające za oknem płatki śniegu, najlepiej w fotelu, pykając tytoniowy dym z mahoniowej fajki.  Sting w ciekawy sposób stworzył przedświąteczny klimat, ale nie taki jaki, przez zewsząd atakującą nas komercję, wpycha nam się na myśl, gdy wymawiany słowo „święta”. W „If on a winter’s night” nie ma dźwięków sań, dzwoneczków, czy mikołajowego „ho-ho-ho”. Słuchacz jednak, w niewytłumaczalny i niezależny od liryki sposób, od razu rozpozna klimat świąt w utworach z albumu.

Poza tym, że świąteczny i zimowy to krążek wnosi też klimat staroangielskich baśni i legend. Gitara akustyczna, skrzypce i harmonia wyprawiają tu cuda. W utworze Lo how a rose eer blooming usłyszymy nawet szkockie dźwięki kobzy. Sting staje się bardem, opowiadającym tłumowi bardzo ciekawą historię.

Teraz pora na moment szczerości. Gdy po raz pierwszy przesłuchałem „If on a winter’s night”, zrobiłem to chaotycznie, nie we właściwej kolejności, nieco pobieżnie. Poza tym, jak wspomniałem, byłem przygotowany na klasycznego Stinga, jakiego wszyscy znają. Na domiar złego, słuchałem tego albumu o poranku, w słoneczny, bardziej wiosenny, niż zimowy dzień. To wszystko sprawiło, że moje odczucia na temat krążka, były fatalne. Prawdę mówiąc, jeszcze do wczoraj miałem napisać tu bardzo krytyczną recenzję, wytykając Stingowi odwalenie opery, miast ciepłego tonu i beznadziejnie nudne i bezpłciowe kawałki.

Ale dało mi do myślenia to, że spotkałem się z bardzo pozytywnymi ocenami tegoż albumu, w zasadzie samymi pozytywami. Przesłuchałem go więc ponownie, tym razem dokładniej, we właściwej kolejności, po prostu tak jak trzeba było to zrobić za pierwszym razem. Tym razem odczucia były o wiele bardziej korzystne. Wciąż uważam, że takie kawałki jak Shape of my heart i Fields of gold są ponadczasowe. Nowy album taki nie jest, ale jest bez wątpienia niepowtarzalny i ukazuje bardzo interesujące podejście do klimatu świąt i zimy.

IF ON A WINTER’S NIGHT:

Gabriel\’s Message – 2:32

Soul Cake – 3:27

There is no rose of such virtue – 4:02

The Snow It Melts The Soonest – 3:43

Christmas at Sea – 4:37

Lo How A Rose E Er Blooming – 2:41

Cold Song – 3:15

The Burning Babe – 2:42

Now Winter Comes Slowly – 3:05

The Hounds of Winter – 5:48

Balulalow – 3:09

Cherry Tree Carol – 3:10

Lullaby For an Anxious Child – 2:49

The Hurdy-Gurdy Man – 2:49

You Only Cross My Mind In Winter – 2:35



Luty 13, 2010 Posted by | Music | 2 komentarze

O muzyce słów kilka…

Jazz jest jak kawa…

Nie zawsze jest na niego właściwa pora. Smakuje tylko w tych, konkretnych momentach. Można się nim delektować. Zdecydowanie stawia na nogi. Biały i czarny, subtelny i mocny, wystarczy dodać jeden element a zmienia swą barwę, smak, klimat…

Nie uważam się za jazzmana, ale znam takich. Są różni, jak jazz, ale łączy ich jedno. Wszyscy oddają wrażenie szlachetności… Szlachetności,  ale nie takiej która budujemy granice, dystans, lecz takiej która wabi. Lubię osoby, o których na pierwszy rzut oka, nie rozmawiając nawet z nimi, mogę powiedzieć że są ciekawi, że mogą mi opowiedzieć coś czego posłucham z zainteresowaniem.

Muzyka uszlachetnia, jeśli tylko nie traktuje się jej powierzchownie, ale próbuje ją poznać, zrozumieć. Muzyka żyje własnym życiem, wprawiona raz w ruch przez artystę, niczym perpetuum mobile, nabiera niezrozumiałej energii. Ma tak wiele interpretacji, zmienna, czasem spokojna i kojąca, czasem znów wybuchowa, nieodgadniona. Jak kobieta.

A królową jest muzyka jazzowa –  zadbana, seksowna, ustrojona dodatkami, znająca swoją wartość, nieosiągalna z pozoru, elegancka, pewna siebie, lecz z lekką dozą nieśmiałości….

Słuchając muzyki często zamykam oczy i pozwalam wyobraźni budować obrazy. Taki mam sposób na delektowanie się muzyką, na poznawanie jej. Później rozdrabniam ją na elementy, wsłuchuję się uważnie w linie melodyczne… Poezja.

Styczeń 25, 2010 Posted by | Music | 2 komentarze

Sesja.

Mam nadzieję, że nikt mnie nie posądzi o kryptoreklamę…

Tiger Energy Drink – składniki: woda, cukier, regulatory kwasowości, dwutlenek węgla, tauryna (0,4 %), kofeina (0,03%), inozytol (0,02%), ryboflawina, niacyna, kwas pantotenowy.

Plusssz Active – składniki: magnez, L-karnityna, fosfatydyloseryna (?), kofeina (50 mg/ 100 ml), kwas foliowy, cukier, substancje słodzące.

Kawa – cóż, wysoka zawartość kofeiny ^^

Nightwish – Last of the Wilds – nowe instrumentalne odkrycie. Niezgorsze.

… i Współczesne Systemy Polityczne – USA, Wlk. Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Szwajcaria….

...i ja.

Styczeń 21, 2010 Posted by | Journal | 2 komentarze

Zimowo…

Jak niesamowita potrafi być wola życia? Jak bardzo uparty potrafi być człowiek wobec śmierci, nie pozwalając jej się zabrać? W obliczu tragedii jaka nawiedziła Haiti i jej stolicę Port-au-Prince, ta determinacja ujawnia się z dnia na dzień… Spod zgliszczy ruin budynków w dzielnicy, która stała się epicentrum trzęsienia ziemi, wyciągnięto dziś żywe dziecko ! Trzytygodniowy niemowlak przeżył cały tydzień, sam wśród zwłok swoich rodziców, przysypanych gruzem… To niewiarygodne !

Ali Agca wyszedł z więzienia, w którym, moim skromnym zdaniem, powinien siedzieć już dożywotnio. Wyszedł i co zrozumiałe zaczyna mącić. Jest nikim, nie ma grosza przy kieszeni, jedyne co może zrobić, to sprzedać swoją historię, ukraszając ją kontrowersyjnymi szczególikami. W oka mgnieniu świat obiegły informacje, że Turek chce dogadać się z Danem Brownem by pomóc mu napisać historię tajemnic Watykanu, że zamachowiec dostanie, bagatela, kilka milionów dolarów za prawo do napisania biografii. Żenada. Istna żenada. Sam niedoszły morderca, twierdzi, że jest „wiekuistym Chrystusem”, ostrzega przed końcem świata niczym prorok, odmawia służby wojskowej ze względu na swe pacyfistyczne przekonania. Czy da się być większym hipokrytą? Czy ktoś mi odpowie?

Na domiar złego, Agca próbuje prowokować Polaków. Na konferencji zwołanej z okazji wyjścia z więzienia (?), uznał że chce uzyskać polskie obywatelstwo i odwiedzić miejsce urodzin Jana Pawła II, Wadowice. Już widzę jak szerokimi ramionami zostanie przywitany… Wszystko pod publikę. Kontrowersja wabi media, a media to władza i pieniądze.

Bardzo możliwe że Krzysztof Olewnik wciąż żyje. Okazuje się że śledztwo zostało sfałszowane, na etapie badań patologicznych. Znaleziono zupełnie inne zwłoki, a podano je za Krzysztofa i to poszło dalej. Jaki mieli cel lekarze i śledczy, fałszując badania? To zakrawa o bardzo grubą aferę…

Na domiar złego jak zwykle zima zaskoczyła… Ludzie bez prądu przez 2 tygodnie, a nie zanosi się żeby do końca miesiąca było lepiej. Nie wyobrażam sobie tygodnia bez prądu, bez ciepłej wody… Dobrze, że mieszkam w mieście. Nie luuubię zimy !

Ale Zakopane…. tylko w zimie 🙂

Styczeń 20, 2010 Posted by | Journal | 1 komentarz