Sapoko's Blog

Racjonalnie i po swojemu…

“Złota piętnastka” – 15

Żeby przemóc stan kompletnej dezaktywacji jaki dotknął mnie w te wakacje, postanowiłem posegregować moją kolekcję muzyczną i wybrać te utwory, których lubię słuchać najbardziej. Nie oznacza to, że są one mi szczególnie bliskie, lub przypominają jakieś wydarzenia z przeszłości – bo takich każdy z nas ma niewątpliwie wiele. Te które wybrałem to po prostu kawałki, jakich słucham bardzo często, zachwycam się nimi pod względem technicznym, albo po prostu wpadły mi w ucho i nie chcą z niego wyjść. Chciałem wybrać klasycznie – 10 najlepszych, jednak po pierwszej, wstępnej segregacji wydzieliłem ich aż… 40. Z żalem musiałem wyrzucić 25 i pozostała “złota piętnastka”, którą będę tutaj systematycznie umieszczać, opisując przy okazji powody dla których wybrałem taki, a nie inny utwór, kilka informacji o nich i o wykonawcach, oraz jakieś ciekawostki.  Shall we begin?

15. Queen – “Innuendo”

Stawkę rozpoczyna zespół-legenda minionej epoki, a jednak wciąż tak żywy i w naszym pokoleniu. Bo któż nie zgodzi się, że Queen jest jednym z tych zespołów, których utwory ciągle da się słyszeć w radiu mimo upływu czasu i których płyty sprzedają się nadal w zaskakującym tempie.

Co do samego zespołu to jego historia jest idealnym materiałem na książkę (powstał zresztą ponad tuzin takich publikacji) – średnio udane początki, pojawienie się genialnego wokalisty, gwałtowny sukces i równie gwałtowny koniec. A wszystko zaczęło się na początku lat 70. gdy w pewnym londyńskim klubie do kotleta grała trójka studentów, tworzących zespół o wdzięcznej nazwie The Smile. I to właśnie wtedy, po ich występie pewien mężczyzna podszedł do nich i otwarcie skrytykował ich, zarzucając że powielają utarte schematy, że nie próbują grać swojej muzyki. “Gdybym to ja u was śpiewał, robiłbym to po swojemu” – powiedział nie kryjąc emocji. Człowiekiem tym był Fredderick Bulsara, który niedługo potem zmienił nazwisko na Mercury, dołączył do kapeli i stał się jej niekwestionowanym liderem. “The Smile” przemianował na “Queen” twierdząc, że nazwa ta brzmi dużo dostojniej.

Od tamtego czasu, aż do 1991 roku trwało ciągle rozwijające się zjawisko nazwane później Queenomanią. Zespół wydał 15 albumów studyjnych, wiele koncertowych. Ich widowiskowe koncerty przyciągały miliony fanów. Queen grał muzykę awangardową jak na tamte czasy, łącząc dźwięki wielu instrumentów z nietuzinkowym, mocnym głosem Mercury’ego. Kariera zespołu zakończyła się w bardzo zaskakujących okolicznościach.

Niecały rok po wydaniu albumu Innuendo (z którego sztandarowy utwór wybrałem właśnie jako 15 miejsce), 23 listopada 1991 roku Freddy ogłasza oficjalnie mediom, że jest nosicielem wirusa HIV i dokładnie dzień później umiera na ostre zapalenie płuc, wywołane przez AIDS. Jego odejście jest dla świata szokiem, porównywalnym z, wciąż nie tak odległą dla nas obecnie, śmiercią Michaela Jacksona. Bez swojego “prodigy”, genialnego wokalisty zespół właściwie się rozpada (choć oficjalnie nadal istnieje i w 1995 wydał nawet album – kompletnie pominięty przez opinię publiczną).

Dlaczego spośród tak wielu utworów jakie nagrał Queen wybrałem akurat Innuendo, a nie np. “Show must go on”, “We are the champions”, czy “I want to break free”? Odpowiedź jest prosta – Innuendo zawiera w sobie prawdopodobnie najlepszy fragment grany na gitarze akustycznej, jaki kiedykolwiek miałem okazję usłyszeć !

Poza tym jest to utwór bardzo dojrzały, podniosły w brzmieniu. Jak wiele ich kawałków ma bardzo dobry tekst. Szczególnie podoba mi się fragment:

“You can be anything you want to be
Just turn yourself into anything you think that you could ever be
Be free with your tempo, be free be free
Surrender your ego – be free, be free to yourself”

Nieco przypomina mi przesłanie Dezyderaty. Zachęcam wszystkich do przyglądnięcia się warstwie lirycznej.

Co się tyczy kwestii technicznych, to nie do końca pasuje mi w tym utworze marszowe taktowanie perkusji i ciężkie, wręcz ponure riffy gitary elektrycznej, do których dodano jeszcze efekt “delay’u”, sprawiający że dźwięki brzmią jakby wydobywały się ze studni. Nie chodzi mi o to, że jestem w ogóle przeciwny takiemu brzmieniu w muzyce, raczej nie pasuje mi ono do tych konkretnie słów, w tym konkretnie utworze. No ale to są minusy, które kompletnie znikają gdy usłyszy się ten niesamowity fragment, o którym pisałem powyżej. (w filmie który zamieściłem – 2:50 – 5:00). I temu fragmentowi warto poświęcić osobny akapit, bo to właśnie on sprawia, że tak wysoko cenię Innuendo.

Fragment rozpoczyna się od wyciszenia owego marszowego dźwięku perkusji i od uspokojenia muzyki. Jest to swoiste intro dla późniejszej, fenomenalnej wstawki granej na na dwóch gitarach akustycznych, w charakterystycznym, hiszpańskim stylu. Bardzo dynamiczne i akcentowane bicie na cztery, przerywane ciekawym riffem. Później znów następuje uspokojenie, tzw. bridge, wzbogacony wokalem Freddy’ego, po czym wchodzi druga wstawka, z tymi samymi chwytami co poprzednia, tyle że tym razem grana na gitarze elektrycznej. Nie brzmi ona już tak “hiszpańsko”, ale jest idealnym wejściem do niezbyt skomplikowanej, ale świetnie wkomponowanej w taktowanie perkusji, solówki, która wieńczy wskazany przeze mnie fragment.

Przesłuchajcie ją dokładnie kilka razy, a na pewno zgodzicie się ze mną, że dla samego tego fragmentu warto uznać ten utwór za legendarny. Dlatego też, znajduje się on u mnie na miejscu 15.

PS. … choć gdyby całość Innuendo była na takim poziomie co ten fragment, to bez wątpienia plasowałby się on w pierwszej trójce :)

Sierpień 21, 2010 Posted by | Music | 4 komentarzy

   

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.