Quo vadis politicae?
Stało się. Pełniący obowiązki Prezydenta RP, marszałek Bronisław Komorowski rozpisał wybory prezydenckie na 20 czerwca br. Wtedy miałaby odbyć się pierwsza tura wyborów, druga zaś miałaby mieć miejsce 4 lipca. Oznacza to, że de facto dziś rozpoczyna się kampania wyborcza. Rozpoczyna się wciąż w cieniu tragedii sprzed 11 dni, w której zginęło dwóch kandydatów na Prezydenta. Wszyscy zastanawiamy się jak ma właściwie wyglądać owa kampania. Wielu twierdzi, że niestosowne byłoby zwykłe spieranie się, kampania “wyrywania sobie nawzajem kłaków z głów” jest potępiana przez większość, o ile nie wszystkie środowiska polityczne. Na fali, nagminnie ostatnio podejmowanych pod wpływem emocji decyzji, z wyborów wycofał się Ludwik Dorn, a także Tomasz Nałęcz. Trwa atmosfera wyczekiwania na oficjalne zgłoszenie kandydatów, przez frakcje parlamentarne. O ile kandydat PO jest pewny, to co do innych, możemy jedynie przewidywać, podczas gdy żądne bycia języczkiem uwagi partie będą nakłaniać nas do dalszego snucia hipotez, a co za tym idzie zainteresowania nimi. Przez parę ostatnich miesięcy sondaże przedwyborcze ulegały jedynie lekkim wahaniom, utrzymując jednak stałą, przewidywalną tendencję. Było niemalże pewnym, że wybory wygra kandydat Platformy, a tym samym zwycięzca prawyborów, marszałek Komorowski. W tej chwili jednak, po tragedii w Smoleńsku, mamy do czynienia, jeśli wolno mi się w ten sposób wyrazić, z “la carte blanche”. Społeczeństwo zjednoczone wskutek żałoby (poza pewnymi kwestiami dotyczącymi spoczynku pary prezydenckiej), może mieć większe znamiona społeczeństwa obywatelskiego, co w najbardziej oczywisty sposób spowoduje zwiększenie frekwencji w wyborach. Sam ten fakt może znacząco rozchybotać przedwyborcze sondaże. Poza tym istotną rolę w podjęciu decyzji na kogo głosować, mogą stanowić czynniki, które wynikły z narodowej tragedii np. współczucie dla PiS-u, czy konkretnie Jarosława Kaczyńskiego, lub z drugiej strony zadowolenie (albo rozczarowanie) krótkimi, substytucyjnymi rządami Bronisława Komorowskiego. Jeśli miałbym się pokusić o analizę potencjalnych kandydatów poszczególnych frakcji parlamentarnych, to mogłoby to wyglądać następująco:
1. Platforma Obywatelska
Z punktu widzenia PO kandydat może być tylko jeden i jest nim oczywiście Bronisław Komorowski. Po pierwsze, naturalnym kontrkandydatem wewnątrz gremium partyjnego jest jedynie Radosław Sikorski, z którym już marszałek Sejmu raz wygrał, a po drugie forsowanie innego kandydata w tej chwili przekreślałoby sens wcześniejszych prawyborów, w które partia hojnie zainwestowała i wspięła się na szczyty medialnego rozpowszechniania tego wydarzenia. Poza tym Tusk jest pewien zwycięstwa Komorowskiego w wyborach prezydenckich jak niczego innego. Do tej pory sondaże dodawały optymizmu Platformie i nadal dodają, ale trzeba przyznać, że 10 kwietnia wiele zmienił.
Jak już wcześniej wspomniałem, część wyborców (moim zdaniem głównie osoby, które nie planowały iść na wybory) może być skłonna głosować na człowieka Prawa i Sprawiedliwości. Nie da się ukryć, że katastrofa w Smoleńsku, mimo że zabrała życia osób z wszystkich frakcji parlamentarnych, najbardziej uderzyła w PiS i to w tym kierunku odciąga niezdecydowany do końca elektorat wyborczy.
Jeśli chodzi o samą kandydaturę Bronisława Komorowskiego, to do tej pory jego szansę zwiększało przede wszystkim to, że rozczarowani prezydenturą ś.p. Lecha Kaczyńskiego wyborcy szukali dla siebie alternatywy. Komorowski był najbliższy ich sympatiom, ponieważ reprezentował konserwatywne skrzydło Platformy Obywatelskiej. Miał więc pewność, że będzie na niego głosować elektorat wierny PO, ale także część społeczeństwa o konserwatywnych poglądach (a więc elektorat PiS-u i innych prawicowych partii). Marszałkowi sprzyjała negatywna medialna kampania wobec Lecha Kaczyńskiego, która gwarantowała systematyczny przepływ głosów dla Komorowskiego. Wszystko zmieniło się po tragedii z 10 kwietnia. Śmierć Prezydenta Kaczyńskiego pociągnęła za sobą 2 zjawiska, które zasadniczo osłabiają Komorowskiego jako kandydata.
Po pierwsze żałoba bardzo znacząco “wybieliła” sylwetkę Lecha Kaczyńskiego. Z osoby pogardzanej, wytykanej palcami, uważanej za zupełnie niereprezentatywną i na każdym kroku wyszydzanej, po śmierci stał się niemalże obiektem czci. Okazało się, że przymioty po których wcześniej się go oceniało, stały się abstrakcyjne, kompletnie nieistotne. Obecnie mówi się o nim przede wszystkim jako o patriocie, oddanym sprawie polskiej, który kochał swój Naród i chciał dla niego jak najlepiej. Same media, które jeszcze miesiąc temu kreowały go na “nieporadnego karła” zamkniętego w swoim pałacu, teraz korzą się i przepraszają za jednostronne kreowanie jego wizerunku. Ludzie poniewczasie dostrzegają jego drugą naturę, to jakim był człowiekiem, a nie tylko Prezydentem. Oczywistym jest więc, że z takim podejściem do jego osoby, gdyby jeszcze żył, dostałby komplet głosów od swojego elektoratu. Ba, skłonnym twierdzić, że wygrałby te wybory. Los chciał jednak inaczej. Teraz jednak pozostaje przypuszczać, że wyborcy Ci przerzucą swoje sympatie na kandydata PiSu, kimkolwiek by on nie był, domniemywając iż taka byłaby wola zmarłego Prezydenta. To oczywiście skutkuje utratą cennych głosów przez Komorowskiego.
Po drugie zaś, Bronisław Komorowski ma ten problem, że kandydując na stanowisko Prezydenta, w praktyce jako marszałek pełni już jego obowiązki. Zaraz po 10 kwietnia spotkałem się z komentarzami, że to dla niego dobre rozwiązanie (choć to strasznie brzmi w obliczu tej tragedii), ponieważ będzie mógł pokazać obywatelom, że sprawdza się w tej roli świetnie i że nie chcąc zbytnio zwlekać z wyborem, będą po prostu chcieli go zostawić na tym stanowisku. Miał ku temu szerokie możliwości, ponieważ jako p.o. Prezydenta musi podejmować bardzo wiele decyzji, w zasadzie symultanicznie, by powstrzymać chaos organizacyjny wynikły z utraty w katastrofie tak wielu istotnych z punktu widzenia państwa, osób. Sądzę jednak (i czytając artykuły z ostatnich dni stwierdzam, że nie jestem odosobniony w tym zdaniu), że Komorowski nie wykorzystał tej okazji na swoją korzyść, a raczej podczas tych 10 dni więcej stracił w oczach społeczeństwa, niż zyskał. Naród pogrążony w żałobie, potrzebuje wizerunku lidera, który płacze razem z nimi, z którym mogą się utożsamiać i jednoczyć w bólu. Który z racji urzędu podejmuje decyzje, ale robi to zagryzając zęby i powstrzymując łzy. Jeśli miałbym porównywać, to Tusk sprawdził się w tej roli idealnie, a Komorowski zupełnie źle. Na jego obliczu nie widać było, aż takiego żalu jakiego wszyscy oczekiwali. W jego głosie nie słychać było bólu ściskającego gardła, który każdy chciał usłyszeć. Nie twierdzę, że Bronisław Komorowski nie przeżył tej tragedii, że spłynęło to po nim, stracił w końcu w katastrofie wielu przyjaciół. Ja zauważam jedynie że jego styl bycia i radzenie sobie w tego typu sytuacjach, powoduje, że ulega on alienacji względem społeczeństwa, a to musi obniżać jego popularność i poparcie. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że o ile przed 10 kwietnia sondaże mówiły, że marszałek Komorowski może liczyć na ok 36% głosów w I turze wyborów prezydenckich, to obecnie jego poparcie waha się w okolicach 31%, a to spora strata.
2. Prawo i Sprawiedliwość
Tutaj sytuacja jest już bardziej skomplikowana, ze względu na brak pewności co do kandydata partii. PiS utracił swojego pewnego kandydata w postaci urzędującego Prezydenta i musiał stanąć przed trudną decyzją, kogo wytypować jako jego następcę, a przy obecnej ocenie Lecha Kaczyńskiego, kandydat będzie musiał przygotować się na wysoką poprzeczkę, gdyż nie da się uniknąć porównań i wartościowania. Opinii co do kandydatury Prawa i Sprawiedliwości jest wiele, ale w zasadzie na liście pojawiają się trzy główne nazwiska + jedno jak dla mnie nietypowe i raczej mało prawdopodobne. Może od niego zacznę.
Gdy minął pierwszy szok po tragedii smoleńskiej, zaczęto się zastanawiać nad kandydatem ponadpartyjnym i w tej sytuacji pojawiły się głosy, dobiegające z otoczenia Prawa i Sprawiedliwości, iż dobrym kandydatem byłby prezes Polskiej Akademii Nauk, profesor Michał Kleiber. Nieznany szerszej publiczności, autorytet w środowisku naukowym, a także, co obecnie mogłoby wpływać na jego korzyść, był bliskim przyjacielem Lecha Kaczyńskiego i jego doradcą do spraw społecznych. Jako kandydat, przemawia za nim to, że jest ponadpartyjny i może przyciągać do siebie w zasadzie elektorat zarówno prawicowy jak i lewicowy. Jeśli ktoś jednak pytałby mnie o zdanie, to sądzę że górę weźmie tu interes partyjny. Poza tym kandydat ponadpartyjny, przyciągając do siebie tylko część elektoratów i równocześnie konkurując z innymi kandydatami reprezentującymi poszczególne partie, nie będzie pełnił roli konkretnego konkurenta, a jedynie “złodzieja głosów” swoich oponentów. Dlatego też, uważam że jeśli chodzi o PiS to powinniśmy skupić się na trzech pozostałych nazwiskach, które pojawiają się w spekulacjach mediów, czyli Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, oraz Zyta Gilowska.
Ciekawą kandydaturą byłaby osoba Zyty Gilowskiej. Kobieta ta łączy w sobie wiele elementów, które mogłyby do niej przekonać elektorat poszczególnych opcji politycznych. Poza tym, że jest niekwestionowanym ekspertem w dziedzinie ekonomii (w skali nie tylko krajowej, ale i międzynarodowej), ma silny charakter i wizję państwa, to samo to, że jest kobietą niejako wytrąca argument lewicy. Poza tym należała przez jakiś czas do Platformy i wciąż w jej obrębie ma wielu zwolenników. Mimo wszystko, nie uważam, żeby to ona była kandydatem PiS-u w wyborach prezydenckich, z dwóch konkretnych powodów. Raz, że w zasadzie nie znamy jej poglądów na stosunki międzynarodowe, nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia, a to ważny element reprezentowania państwa jako Prezydent, a dwa, że Zyta Gilowska nie jest bezpośrednio kojarzona z Prawem i Sprawiedliwością, a przez niektórych bardziej nawet z Platformą. Forsowanie jej kandydatury byłoby dosyć ryzykowne z punktu widzenia PiS-u.
Zbigniew Ziobro jeśli zdecydowałby się kandydować, to przyciągnąłby wielu wyborców, szczególnie wśród konserwatystów. Sondaże przewidują, że uzyskałby ich niewiele mniej niż sam Jarosław Kaczyński. Ziobro jest wśród swoich zwolenników uważany za osobę, która ma wygląd, która mogłaby skutecznie reprezentować państwo, która ceni państwo sprawiedliwe (ten argument szczególnie trafia do warstw biedniejszych). Przeciwnicy nawołują, że Ziobro najpierw mówi później myśli, że jest zbyt uparty i nieustępliwy, że trudno u niego o kompromis. Prawda jest taka, że pod tym względem jest on sobowtórem Jarosława Kaczyńskiego. Z punktu widzenia czysto pragmatycznego, dla Jarosława byłby lepszy wariant gdyby Ziobro został Prezydentem, a on pozostał Prezesem PiS-u. Powstają jednak 2 pytania. Pierwsze, czy Zbigniew Ziobro w ogóle jest zainteresowany kandydowaniem na Prezydenta. Jako europarlamentarzysta otrzymuje, po przeliczeniu, około 30 tysięcy złotych miesięcznie. Przy “skromnej” pensji prezydenckiej równej lekko ponad 17 tysięcy to dosyć duża różnica. Ziobrze taka zmiana, finansowo się po prostu nie opłaca. Drugie pytanie zaś dotyczy Jarosława Kaczyńskiego. Czy ambicje prezesa PiS-u nie wygrają z rozsądkiem? Czas pokaże.
Naturalnym kandydatem na Prezydenta RP z ramienia Prawa i Sprawiedliwości jest oczywiście Jarosław Kaczyński. Któryś z posłów PiS-u wypowiedział się (anonimowo) dla dziennikarza Wprostu, że podczas kampanii wystarczy dać zdjęcie Jarosława ze smutną miną, w sepii i wygraną mają w kieszeni. Rzeczywiście, może okazać się, że tragiczna śmierć Lecha i konieczność przeniesienia jego popularności na innego kandydata, skończy się lokacją tego poparcia w najbliższej osobie tragicznie zmarłego – jego bracie. Dopóki trwa to polityczne zawirowanie, gloryfikujące postać Lecha Kaczyńskiego, dopóty Jarosław będzie z tego czerpał największe korzyści. Wiem, że to brzmi okrutnie, jak gdybym nie brał pod uwagę osobistej tragedii tego człowieka, który stracił najbliższego przyjaciela i brata zarazem. Ja po prostu staram się na chłodno ocenić polityczne szanse poszczególnych kandydatów, a obecna aura najbardziej sprzyja właśnie Jarosławowi. Może w tym połączeniu tkwi największa jego tragedia.
Podsumowując, najbardziej prawdopodobne, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość, są dwie kandydatury – Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński i jak sądzę, to któryś z nich będzie kandydatem na Prezydenta. Decyzję podejmie sam Jarosław (ponoć już ją podjął) i myślę że najważniejszym dylematem będzie tutaj kwestia, tego czy słuchać rozsądku, czy ambicji. Jeśli posłucha rozsądku, to kandydatem zostanie Ziobro, który jeśli przegra to świat się nie zawali, Jarosław pozostanie Prezesem PiS-u i ciągłość partyjna pozostanie. Jeśli jednak posłucha ambicji i sam będzie kandydował to istnieje duże ryzyko takiej decyzji. Gdyby przegrał w wyborach, to oznaczałoby dla niego właściwie koniec politycznej kariery, stawiałby na szali swoją osobę. W tej sytuacji Ziobro mógłby pokusić się o objęcie władzy wewnątrz partii, w której wielu członków widziałoby go w roli prezesa i podjąć próbę uniezależnienia się od wpływów Jarosława.
3. Sojusz Lewicy Demokratycznej
Pewnym kandydatem miał być Szmajdziński. Niestety zginął w tragicznym wypadku w Smoleńsku. W tym samym wypadku zginęła także Izabela Jaruga-Nowacka, inna potencjalna kandydatka. To był ogromny cios dla lewicy. Próby odnalezienia kolejnych kandydatów w postaci Włodzimierza Cimoszewicza (który notabene byłby idealnym kandydatem, gdyby chciał kandydować) i Jacka Majchrowskiego – obecnego prezydenta Krakowa, spełzły na niczym. Ten pierwszy zasugerował władzom partii, aby nie wystawiały nikogo, bo pewnym jest że kandydat SLD i tak nie wygra. Że w tej sytuacji najmądrzejszym posunięciem jest poparcie kogoś godniejszego z innej opcji politycznej. Większość członków partii jednak nie przyznała mu w tej kwestii racji. Na chwilę obecną wyłoniło się dwóch potencjalnych kandydatów i prawdopodobnie to któryś z nich zostanie oficjalnym kandydatem partii.
Ryszard Kalisz, były szef kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego i były minister MSWiA w rządzie Leszka Millera. Jest to postać bardzo znana w kręgach lewicowych, zwolennicy twierdzą, że byłby on dobrym kandydatem, bo reprezentuje prawdziwą lewicę. Jego kandydaturę forsuje przede wszystkim, wciąż wpływowy w kręgach SLD-owskich, Aleksander Kwaśniewski. Mimo to, przeciwny temu jest prezes partii Grzegorz Napieralski. Nieoficjalnie mówi się, że wynika to z niesubordynacji posła Kalisza, jego niefortunnych wypowiedzi, które w zbyt dobrym świetle stawiają PO, a obniżają realną wartość SLD.
Sam Napieralski próbuje przeforsować kandydaturę Marka Siwca. Jak dla mnie intrygująca propozycja. Były szef BBN, obecnie zasiadający w Parlamencie Europejskim, z ramienia SLD. O tyle ciekawe, że pan Siwiec nie dość że przez wielu niezbyt fortunnie kojarzony z aferami za rządów koalicji SLD-UP, to tak najogólniej mówiąc, nie ma zbytniej popularności w kraju. Zastanawiam się, czy SLD próbuje wystawić kandydata na siłę, czy naprawdę wierzy w to, że może cokolwiek osiągnąć w tych wyborach. Biorąc pod uwagę sondaże partii to ledwie mieści się ona w parlamencie z 7% wynikiem. Tak więc, ktokolwiek będzie reprezentował lewicę, nie przewiduję by osiągnął zauważalny wynik, nawet jeśli byłby to sam Napieralski, to o drugiej turze nie ma mowy. Jedyną osobą potencjalnie zdolną do przejścia do II tury jest Włodzimierz Cimoszewicz, ale on kategorycznie odmawia kandydowania i o ile wcześniej zastanawialiśmy się czy aby nie próbuje flirtować z opinią publiczną, czy może w najmniej oczekiwanym momencie jednak zdecyduje się kandydować, to teraz, w obliczu tragedii z 10 kwietnia, staję się coraz bardziej pewny, że jego “nie” jest ostateczne.
PS. Edit: Kandydatem został jednak Grzegorz Napieralski, z racji tego że jest przewodniczącym Sojuszu. Niemniej jednak nie zmienia to w żaden sposób polaryzacji w kwestii poparcia dla kandydatów poszczególnych frakcji. Kandydat SLD wciąż nie ma większej szansy zaistnieć.
4. Polskie Stronnictwo Ludowe
Zdecydowanie zabawną dla mnie jest najświeższa informacja, iż oficjalnym kandydatem PSL-u jest, któż by inny, jak nie barwny i pełen pozytywnej energii Waldemar Pawlak. Jest to, podobnie jak w przypadku SLD, kandydatura, sama dla siebie, bo pewne jest, że poza naprawdę najtwardszym elektoratem ludowców, nikt na niego nie zagłosuje. Pozycja wicepremiera i ministra gospodarki jest i tak wyjątkowo atrakcyjna, z punktu widzenia poparcia jakie partia Pawlaka otrzymuje. A poparcie owo oscyluje na granicy progu wyborczego, z tendencją poniżej tego pułapu, co oznacza, że jeśli trend się utrzyma, to w przyszłym parlamencie ludowców zabraknie.
Jeśli już mowa o analizowaniu sondaży dla partii politycznych to sytuacja jest o tyle ciekawa, że mamy dwie dominujące partie o charakterze prawicowym i centroprawicowym, oraz lewicę, która nieuchronnie zbliża się do poziomu progu wyborczego (7%) i ludowców, którzy już ten nieszczęśliwy próg osiągnęli. Zmierzamy więc do systemu dwu- lub dwuipółpartyjnego. Gdyby PO wygrała wybory do parlamentu z dobrym wynikiem, nie potrzebowałaby koalicji z PSL-em, który w ten sposób wypadłby z parlamentarnego dyskursu. Przewiduję więc koalicję SLD-PSL (która zresztą w historii III Rzeczpospolitej miała już miejsce), która będzie starała się osiągnąć i utrzymać kilkunastoprocentowe poparcie. Poza tym mamy dwie dominujące partie PO i PiS, które stanowią dla siebie alternatywę, ale w zasadzie wewnątrz prawicy (konserwatyści i liberałowie). W tej sytuacji model systemu dwupartyjnego z trzecią partią centrum musiałby w realiach Polski ulec redefinicji, ponieważ lewica stałaby się centrum i tzw. “języczkiem uwagi” dla dwóch sił prawicowych. Myślę, że bezprecedensowa sytuacja w systemach politycznych współczesnego świata.
Wracając do wyborów prezydenckich to są jeszcze oczywiście kandydaci bezpartyjni jak niezłomny Andrzej Lepper, czy Marek Jurek, próbujący zjednać sobie elektorat chadecki. Jest też Janusz Korwin-Mikke, czyli ultra-liberał, z od lat sobie wiernym elektoratem, procentowo graniczącym niestety z ułamkiem dziesiętnym poniżej liczby 1. Kilku politologów wskazywało Andrzeja Olechowskiego, jako czarnego konia, który może, w obliczu skutków tragedii narodowej, wiele zwojować. Miała go zwerbować lewica, jako ich kandydata, ale jest on zbyt odległy w swoich poglądach. Jako kandydat na Prezydenta RP, Olechowski ma rzeczywiście potencjał, aby zmieścić się w pierwszej trójce, ale jak wiemy taki wynik nic by mu nie dał, ponieważ mamy ordynację większościową i w drugiej turze walczą ze sobą dwaj kandydaci, którzy uzyskali największą liczbę głosów w pierwszej turze. W tej sytuacji można przewidywać, że będą to kandydaci PO i PiS-u.
Pytanie: kto wygra? Dopiero zaczyna się kampania. Będzie to bodaj najtrudniejsza kampania w Polsce po ’89 roku. Musi być starannie wyważona, ostrożna w słowach, zważywszy na nastroje społeczeństwa świeżo po żałobie, która nadal tkwi w ludzkich sercach. Jeśli ktoś się potknie, to może już się z tego upadku nie podnieść, w tej sytuacji każdy ma równe szanse zwycięstwa. Na chwilę obecną największe szanse ma kandydat Platformy, ale jego przewaga nad kandydatem PiS-u (kimkolwiek by on nie był) maleje. Dlatego tak ważne będą kolejne dni. Komorowski będzie musiał szczególnie uważać, bo z racji że pełni obowiązki Prezydenta RP, wszystkie oczy są skierowane na jego ręce i to on może najwięcej zyskać swoimi decyzjami, jak i najwięcej stracić. Z sytuacji gdzie wynik wyborów prezydenckich był niemal pewny, po 10 kwietnia cała rzeczywistość polityczna uległa radykalnej zmianie. Teraz wszystko się może zdarzyć.
-
Archiwa
- Listopad 2010 (1)
- Sierpień 2010 (1)
- Czerwiec 2010 (1)
- Kwiecień 2010 (2)
- Marzec 2010 (1)
- Luty 2010 (1)
- Styczeń 2010 (3)
- Październik 2009 (1)
- Wrzesień 2009 (3)
-
Kategorie
-
RSS
Wpisy RSS
Komentarze RSS

